
Wezmą ślub! Ach jakie to cudowne! Są młodzi. Jeszcze studiują. Świat jest ich!!
On jakiś czas temu zmieniał pracę. Wszystko fajnie, sporo firm się odezwało. Tylko że na pełen etat. Ma przecież w CV, że student, że jeszcze min 2 lata nauki przed nim. Nauki na studiach dziennych. Bo mimo wszystko nikt nie oferuje aż tyle, żeby warto było zafundować sobie dodatkowe 9 tys kosztów rocznie. A nawet jeśli, to i tak nie ma możliwości teraz przerzucić się na wieczorowe lub zaoczne, bo fizycznie nie istnieją takowe na jego kierunku. Więc trzeba poczekać. A na hasło pól etatu słyszał: A nie to my dziękujemy. Szkoda. Ma pan bardzo dobre kwalifikacje. I co tam, że połowę roboty mógłby zdalnie. Nie. Ma być 9 to 5. Pod nadzorem. Nie ufa się. Myśli się, że jak w domu pracuje albo po nocy to będzie się obijał. Własne tempo = na pewno gorsze tempo. I nie ważne, że jest zupełnie odwrotnie. Że coraz częściej okazuje się, że elastyczne godziny pracy = bardziej wydajne godziny pracy. Że pracownik traktowany po ludzku = pracownik dużo bardziej wydajny, bo to pracownik nastawiony in plus do firmy. Firma in plus to i on in plus. Pozytywne wibracje. I życie wydaje się choć ciut logiczne. Ale w IV RP (jak na każdą RP przystało) nie propaguje się takiego stylu. Styl IV RP, polityka równych szans, to styl: wykształcenie wyższe (2 fakultety zaczynają być normą) + angielski perfect w mowie i piśmie (nawet sekretarka, która potrzebuje tylko: Hello. Yes, he/she is here. (tudzież wersja z ‘no’). Goodbye. Thank you. Bez złośliwości. Po prostu tak jest. Ach, no i koniecznie z wyższym wykształceniem. Hm. To jak sekretarka ma mieć mgr, to żeby marzyć o czymś więcej, to minimum dr i to pewnie najlepiej dr hab.) + drugi język będący coraz częściej już nie atutem tylko wymogiem + min 2 lata doświadczenia na podobny stanowisku. No wszystko cacy. Tylko skąd wytrzasnąć te 2 lata? Jasne, są praktyki. Niestety głównie wakacyjne i głównie bezpłatne albo śmiesznie mało płatne. Żer dla skner. Oferta: tania siła robocza z nadzieją na doświadczenia. Niestety mało firm czegoś autentycznie uczy. A jak chciałoby się przedłużyć praktykę na po wakacjach, to znów ta bariera studiów. Super, jak się zgodzą na pół etatu. Ale bez złudzeń. No i wspomniane 9 to 5. Dobrze, jak się ma ciut humanistyczne studia. I duży wydział. Można wcisnąć się na miejsce stojące na zajęcia innej grupy albo z wieczorowymi pochodzić. Do tego część można olać. I jakoś się kręci Słońce dookoła Ziemi. Tylko co, jak czuje się powołanie do nauk ścisłych? A plan jest taki, jaki trafił mu się ostatnio – 3 dni z 5 mają w swoim grafiku 4-godzinne laborki, których nie idzie zaliczać na stójkę? A ciało pedagogiczne stroi fochy i wykazuje zero empatii? Ale nawet ci bez laborek nie mają łatwego życia. Bywa, że praca kosztem studiów. Zna sporo takich. Albo 2 kierunki (przepraszam, a gdzie wtedy prace wcisnąć?! Tak tylko sobie pytam.) skutkujące kampanią wrześniową i chronicznym niedospaniem. Mamy nowy problem w polskim systemie edukacji. Niedospani studenci. I to wcale nie jest śmieszne. To jest smutnie serio poważne. To albo zlikwidujcie studia dzienne albo dajcie spokojnie studiować, dajcie szanse zdobyć te magistry, potem to doświadczenie, a dopiero potem wymagajcie. Ewentualnie dofinansujcie studia – jest na to kasę z UE. Całkowity zwrot kosztów kształcenia personelu. A dla niego to 9 tys rocznie. Ale po co. Przedsiębiorcy nie widzą lub nie chcą widzieć. A IV RP ich na pewno nie będzie zachęcać. Jeszcze przypadkiem kobiety zaczęłyby chcieć tak pracować? A one mają siedzieć w domu i reprodukować gatunek. Co tam, że przeludnienie a mieszkań brak. Że ceny za m2 rosną, jakby im ktoś za to płacił. IV RP chce, żeby jego ukochana zamiast razem z nim budować ich przyszłość i tą cholerną IV RP, siedziała w domu i robiła za Matkę Polkę reproduktorkę.
Fajnie byłoby być młodymi rodzicami. Nie teraz jeszcze. Ale też nie po 30-stce. Poza tym podobno najlepiej tak do 26-27 roku życia. Ostatnio odkryli mądrzy naukowcy, że wiek tatusia też ma duże znaczenie. Coś chyba z autyzmem. Fajnie będzie tak w 3 na spacery.
Być prezesem samej siebie. Jedyny plus to mniejszy ZUS, bo studentka. Ale też zero świadczeń socjalnych. Chorobowe czy urlop to wyrok. Gorzej niż bezrobocie – ci przynajmniej zasiłek dostają. Aż strach pomyśleć o macierzyństwie.. A po macierzyństwie co? Szukać nowej roboty będzie trzeba. A dziecko do żłobka? Albo niańka? A zna ktoś taką, co by charytatywnie dziecko chciała bawić? Bo przecież skoro decydują się na dziecko, to nie po to, żeby przyszłe babcie bisowały jako mamusie drugiego pokolenia. Im też coś się należy od życia. No i obie pracują. I jak ona ma w tym wszystkim nie bać się mieć dziecko? Minimum pół roku bez dochodów. A jak nie daj Boże chorować będzie maluszek? To mało że dodatkowe koszty (lekarz + lekarstwa – bo publiczna służba zdrowia to kolejna farsa) to jeszcze kolejne dni, tygodnie bez $. Becikowe to sobie mogą. Co ona sobie za to kupi? Waciki?!
Kupią mieszkanie. Ach, jak ślicznie ona je urządzi! Nawet już wie jakie łóżko, która szafeczka z katalogu Ikei do łazienki, jakie poduszeczki, aranżacja wnętrza. Ach! Będzie cudnie! Już się nie może doczekać! To mogłoby być już!
Snap back to reality, Oh there goes gravity. Jego studia na mgr, gdyby chciał pracować na pełen etat,– 9 tys rocznie x 2 lata. Plus szkolenie – jakieś 20 tys za 6 mies. Jej, jakby chciała robić doktorat, – około 7 tys rocznie. Razy 3 lata. Nie wspominając o upatrzonym już dawno dziennikarstwie - 6 600 rocznie x 2. Niemiecki by się jeszcze przydał. Chciała francuski. Benzyna też kosztuje. I dochodzą koszty eksploatacji. Czynsz też nie pozostaje w tyle. Wtórują mu opłaty za prąd i s-kę. Dochodzi rachunek za telefon. Kablówkę. Net. Do kompletu bilet miejski (jakoś bardziej realna wersja niż ta z drugim samochodem). Jakieś podręczniki na studia. Nie zapominając oczywiście o ciuchach. Kurtce na zimę czy butach. A chciałoby się jeszcze na snowboard skoczyć zimą. Właśnie. Decha + buty. I wakacje – np. Barcelona? Albo chociaż nasze polskie morze. No i jeszcze podróż poślubna. Zakładając, że wesele to rodzice. Chcieli gdzieś egzotycznie. Chcieli coś wyjątkowego. Dużo rzeczy chcieli. Tylko money money money. Cash cash baby.
Z tymi rodzicami to chyba tak trochę złe założenie. On ma rację. Ślub = samodzielność. Inaczej to jakaś farsa. Ale przecież dadzą radę. Razem wszytko jest możliwe! Poza tym nie jest tak źle finansowo z nimi. Trzeba to chyba rozważyć bez uwzględniania ewentulanych niespodzianek, dobrej woli i prezentów.. To trzeba chyba rozważyć kredyt?
Po ostatnich wakacjach doszła do wniosku, że przydałaby się jej karta kredytowa. Zarobki całkiem niezłe, a przydatny mały plastik daje pewien złudny margines bezpieczeństwa. W necie to wszystko tak ładnie wygląda. Tylko te karty takie mało kolorowe. Smutne. Limit – minimalne dochody 1000 netto - to jedyny wymóg (wg info na stronkach). Ciut podejrzane, ale biorąc pod uwagę te wszystkie kredyty na dowód gęby czy inny kod kreskowy.. Tylko teraz którą by tu.. To może tak przejść się do kilku oddziałów i pozyskać info z bardziej przyjaznego źródła, któremu można zadać pytanie i można się daremnie łudzić, że uzyskana przez nas, a starannie przez nich sformułowana tak, żeby nic nie przekazać, szczypta informacji mimo wszystko nas usatysfakcjonuje. Poza tym zawsze można zrobić zbulwersowaną minę + rzucić mały szantażyk typu „nie to nie, pójdę do konkurencji”. Tak dla poprawy własnego samopoczucie. I ich też. No ale jakoś lżej na sercu po tej pseudo-zemście. Więc poszła. I niestety 17” kłamało i to w żywe oczy! Że ważny jest okres zatrudnienia to się nie łudziła. Ale nie spodziewała się, że poprzeczka dla działalności gospodarczej jest tyle wyżej podniesiona. Jasne, jest krótko na rynku – tylko 7 miesięcy. Ale ma stałe dochody od ponad roku, a każde nowe miejsce pracy/współpracy wynikało z jej inicjatywy i było rosnącą funkcją wynagrodzenia. Ale to już nikogo nie obchodzi. On już by mógł. Bo zarabia na kogoś. A jak ona dla siebie to jej się utrudnia. I tak samo może być zwolniony. A ona tak samo jak on może w razie czego poszukać nowej pracy. Ale gdzieś komuś ta oczywistość umknęła.
Unia wyciągnęła rękę do młodych przedsiębiorców. Nawet nie tyle przedsiębiorców co przedsiębiorstw. $ na rozruch. Dofinansowanie do aktywów trwałych i oborowych na początek. Refundacja szkoleń. Jak to miło być w Europejczykiem. Ale i tak jest Polką przede wszystkim. Nieprawda, że tu się nie da. Mimo wszystko. Da się.
I to ma być traktowanie godne obywatela IV RP? Zamiast pomóc, docenić, ułatwić, IV RP stawia tylko barykady. A wystarczyłby, np. jakiś fundusz gwarancyjny dla nowych przedsiębiorstw (co by kredyt jednak można było wziąć na ludzkich warunkach) albo środki z UE. A w IV RP na złożenie wniosku o dofinansowanie z UE był miesiąc. Jakoś przełom czerwca i lipca. Wniosku, którego wypełnienie wymagało określenia, np. jak jej projekt (ona chciała dofinansować sobie zakup laptopa – musiała mieć kompa do pracy a jej nadawał się najwyżej na mini stoliczek i to w dodatku niezbyt atrakcyjny pod względem walorów estetycznych.. i funkcjonalnych z resztą też) wpłynie na środowisko naturalne, podania skwantyfikowanych wskaźników realizacji celów projektu, ustosunkowania się co do zgodności projektu z polityką zatrudnienia czy też równych szans etc. Jakież to banalne i oczywiste. Tylko dlaczego, żeby wypełnić wniosek, dostała 260 stronicowy informator (format A4, kolorowy, dobrej jakości papier). Informator zawierający informacje ad wszystkich działań. Jej przydało się z niego jakieś 10 stron. Praktycznie w sumie bezużytecznych. A gdyby tak tą kasę zamiast na druk, składnia, korektę itp wydać na ulgi dla nowo powstałych przedsiębiorstw? Albo na niedożywione dzieci? Bo i tak mało komu w ogóle się informatorzysko przyda. Wnioski można było składać przez miesiąc. Nie wiadomo, kiedy następna tura. A niestety jakoś rynek i potrzeby firmy nie chcą zrozumieć, że trzeba poczekać do następnego razu, który nie wiadomo czy w ogóle będzie. I jak tu korzystać z $ UE?? Nie mając doświadczenia, prawniczej porady ani znajomości tam, gdzie trzeba?
Może by tak wyjechali?
Mam i ja. IV RP hobby też ma. Bo IV RP, jak każdy, hobby potrzebuje. I owo hobby ma. Bada wytrzymałości młodych na absurd i ich zawziętość w trzymaniu sie biało-czerwonej przestrzeni na mapie Europy. Bo starsze pokolenie już całkowicie zobojętniało na irracjonalizm i robi swoje. A młodzi jeszcze się łudzą. A może tylko nie mają jeszcze odpowiednich koneksji. Ale na razie ich to rusza. Miotają się. Nie do końca wiedzą, co ze sobą zrobić. Tylko kurcze zwykle ludzkie świnki morskie za udział w badaniach dostają na pocieszenie czekoladę, jakieś coś między imitacją zadośćuczynienia a dziękuję. A na pewno nie każe im się płacić za świnkowanie. A Państwo każe. Państwo 19% podatku żąda. Na razie udało się laptopa w koszty wrzucić (pewnie RMK..) więc IV RP może sobie pomarzyć o jej 19%. Ale pewnie już od następnego miesiąca trzeba będzie płacić haracz. Myślała, żeby otworzyć własny biznes. Ale z wiatrakami walczyć nie będzie. Poczeka. Popatrzy. Zrozumie więcej. Da im szansę do zimy. A jak nie to może jednak Szwecja albo Hiszpania? Albo Niemcy? A może zostać? Bo skoro studiują amneściaki, to średnia jakość podaży na rynku pracy niedługo drastycznie spadnie. W dodatku teraz już co odważniejsi albo bardziej zdesperowani i wyprowadzeni z równowagi otaczającą ich groteską wolą kierunek zachód, nawet jeśli czekają tam na nich głównie truskawki. A może tak własny biznes w którymś truskawkowym kraju? Jak już płacić podatki, to chociaż widzieć na co idą. Tylko że kurcze oferta krajów jakoś nie przemawia. Hiszpania – wcale nie taka rewelka z kasą no i gospodarka nie powala na kolana. Francja – Paryż na przedmieściach aż piszczy biedą i szpetotą. Gorzej niż nasz Praga. Szwecja – jakieś 80% dochodów zżerają podatki. No i zero życia społecznego. UK – mają nas już tam dosyć. No i drogo. Irlandia – jeszcze drożej. Poza tym jakoś głównie potrzebują pracowników raczej nie typu white-collar. Niemcy – 10 lat przejściówki. No i jakoś mało życzliwi. Plus brak życia towarzyskiego. Włochy – też nie powalają PKB per capita. Może Luksemburg.. Albo Szwajcaria.. Ale tam to już w ogóle nas nie chcą. Bo i po co. Jeszcze zarażą się ptasią grypą. Polska – kwa kwa. Najlepiej to wypracować sobie znajomości. Nie istotne jaki rząd. Ważne, żeby był w nim nasz ziom.
Ślub pewnie przełożą.


