Zapuszczanie korzeni

Opowieści z wyjazdu na stypendium Sokrates Erasmus

(Niedziela 8.10) Obudził mnie sms od wiernego kompana Macieja K., który wyciągnął nie po raz pierwszy pomocną dłoń do potrzebującego (mam nadzieje, że też nie po raz ostatni:D). Zrelacjonował mi przebieg najbardziej oczekiwanego rewanżu w lidze VI.781 w hattricku i okazało się niestety, że przegrałem z liderem 5:4, ale po naprawdę emocjonującej walce:)). Gdy już się skończyły smsy, nadszedł wreszcie czas, aby wyjść z łóżka i przygotować się, ponieważ mieliśmy do wyboru 2 opcje. Pierwsza (w razie kiepskiej pogody) zakładała wyprawę samochodową do Bragi i jej zwiedzanie, a druga (w przypadku dobrej pogody) głosiła, że pojedziemy na plażę:)). Sobotnie prognozy nie dawały zbyt wielkich szans na powodzenie opcji 2, ale świecące słońce za oknem tchnęło w nasze serca nadzieję na ładny dzień:)). Przyszła Agnieszka po 11 i po krótkiej dyskusji doszliśmy do wniosku, że tym razem powinniśmy się udać na południe, ponieważ północne plaże zostały już zwiedzone. Pojechaliśmy tam autostradą i udało nam się trafić bez problemów, ale szczerze powiedziawszy plaże na północy były lepsze. Z jednej prostej przyczyny – tam nie było wielkich skał w miejscu gdzie woda wlewa się na piasek. No nic, trudno – nie ma co narzekać, przecież i tak chyba nikt nie będzie się ważyć na pływanie, prawda?:)). Na plaży znajdował się malutki kościółek, który najprawdopodobniej w czasie sztormów powinien być zalewany. Siedzieliśmy na plaży dobre 5 godzin i w tym czasie wiele się zmieniło. Szczególnie poziom wody w oceanie:P. Trafiliśmy akurat na przypływ, który pokrył niemalże wszystkie leżące na brzegu skały. Kościółek prawie stał się wysepką:)). Robert postanowił spróbować swoich sił i wszedł do wody, żeby popływać. Jeśli nie wiedziałbym, że potrafi dobrze pływać to pewnie bym się strasznie o niego martwił – raz, że były całkiem duże fale; dwa, że tam pod wodą czaiły się gdzieś zdradliwe skały. Ja uzupełniałem w tym czasie opaleniznę i czerpałem wiedzę z przewodnika po Portugalii. Zapomniałem wspomnieć, że ten rejon w którym się zatrzymaliśmy jest bardzo ładny. Jest tam ścieżka – niebieska linia – przy samej plaży, po której spacerowało bardzo dużo ludzi. Strasznie dużo było rowerzystów, ludzi jeżdżących na rolkach, a na plaży nie było nikogo. Dziwne:))). Pewnie dla ludzi w Portugalii taka temperatura, jak była w niedzielę, to jak dla nas temperatura pod koniec grudnia:D. Nam się bardzo podobało, woda o temperaturze, jak Bałtyk w lipcu, no i nawet udało się nam opalić:P. Gdzie w Polsce bym się opalił o tej porze. Odpowiedź, że w solarium nie bardzo mnie interesuje:)))). To tyle jeśli chodzi o niedzielę, ponieważ nic więcej ciekawego się nie wydarzyło.

(Poniedziałek 09.10) W poniedziałek chcieliśmy wcielić w życie chytry plan, który zakiełkował w naszych głowach kilka dni wcześniej. Mianowicie chodziło o to, żeby Agnieszkę wciągnąć do naszego zespołu piszącego pracę ze Strategic Management. No niestety spalił on na panewce, ponieważ profesor nie zgodził się na takie rozwiązanie, a gdyby Agnieszka chciała ten przedmiot zdawać to będzie tworzyć jednoosobowy zespół, który będzie miał wykonać taką samą pracę, jak nasz (Beata + ja:))). Ten wykładowca jest mistrzem świata – w żarcikach to może mu jedynie dorównać dr Andrzej Rutkowski zajmujący się finansami na wydziale:). Dziewczyny męczyły jeszcze pana o to, żeby pozwolił im zdawać Human Resources Planning jednak, żeby to było możliwe potrzebne jest załatwienie jakiejś zgody, ponieważ sam profesor nie może zadecydować, że dziewczyny będą mogły uczęszczać na ten przedmiot.

Po południu spotkaliśmy się z Jose Antonio Oliveirą, od którego dostaliśmy pozwolenie na zaliczenie dwóch jego przedmiotów – Management Information Systems i Corporate Organization. Dodatkowo jest to niesamowity człowiek. Powoli staje się moim guru:))). Posiada niesamowitą wiedzę, mówi strasznie ciekawie tak, że można go słuchać bez końca. Zapytany o zaliczenie przez godzinę opowiadał, że on chce, abyśmy potrafili zawsze odpowiedzieć na pytanie – „dlaczego” i wiedzieli, jak przedsiębiorstwo działa, dlatego, bla bla bla… I nie dowiedzieliśmy się co należy zrobić, aby zaliczyć przedmiot:]]]]. Spędziliśmy z nim 2 h, w czasie których wyszło na jaw, że szukanie sprawozdań finansowych na stronach internetowych spółek portugalskich stanowi większe wyzwanie niż 12 (chyba tyle ich było) prac Herkulesa:D. Natomiast na tych stronach można znaleźć zdjęcia prezesów z najnowszym samochodem, z ukochanym synem lub córkami oraz szereg danych, które nie nadają się do niczego konstruktywnego;)). Zatem świetny dawca informacji z pana Oliveiry, naprawdę:)). Przeprosiliśmy go kulturalnie, ale musieliśmy iść, ponieważ zaplanowane mieliśmy zakupy w Continente.

DSCF5825.JPG

Udaliśmy się dla odmiany do galerii Dolce Vita, tuż obok stadionu FC Porto, ponieważ jest tam bardzo miły dojazd autostradą i na pewno nie można się zgubić w lesie ulic jednokierunkowych, który rozrósł się bardzo chaotycznie:))). Na samym wejściu wzięliśmy katalog win i serów i jednogłośnie zgodziliśmy się na ocenianie każdego trunku tak, żeby później wybierać najlepsze z możliwych:))). Udało mi się nie przekroczyć 16 euro za całość zakupów i byłem z siebie dumny, bo kupiłem naprawdę super rzeczy i nie znalazło się w wózku zbyt wiele niepotrzebnych rzeczy:))).

W domu byliśmy po 20 i po kolacji zasiadłem do komputera, aby przetestować świetną gierkę. Tak mnie wciągnęła, że zanim się zorientowałem była już 7 rano…

(Wtorek 10.10) …następnego dnia. Pomiarkowałem trochę, że najwyższy czas, żeby się położyć do łóżka i trochę odpocząć, choć o dziwo wcale nie czułem się zmęczony:). Jednak zdrowy rozsądek (to może być kwestia sporna) wziął górę nad maniakalnym usposobieniem i położyłem się wreszcie na trochę. Wiedziałem, że ten dzień będzie chyba najbardziej nudnym dniem jaki może być. Wstałem około 12 kiedy mniej więcej Beata i Robert zaczęli jeść śniadanie. Spędziłem ożywcze chwile pod prysznicem, dzięki czemu zyskałem niejako komfort psychiczny:)). Deszcz był w przysłowiową kratkę, ponieważ raz padał deszcz, a znowuż innym razem wychodziło słońce i po cichu modliłem się w duszy, żeby z wyliczanki wyszła ładna pogada akurat w tym momencie, w którym miałem wyjść z domu:)).

Na ten dzień zaplanowałem odwiedziny w jednym z 3 klubów i wybór padł na Academica Football Club. Po drodze miałem odwiedzić 2 sklepy, które były aktualnie likwidowane i zobaczyć czy są jakieś fajne produkty za przystępną cenę. Jeden z nich to był sklep wielobranżowy, a drugi sportowy, ale wykupiony niemalże do końca tak, że zostały tylko kobiece rzeczy rozmiaru S:)). Natomiast ten wielobranżowy po gruntowniejszych odwiedzinach wcale nie okazał się godzien poświęcania mu uwagi:).

Trafiłem do AFC i bez większych trudności znalazłem napis – secretario – i udałem się w tamtym kierunku. Znalazłem bardzo bogatą kolekcję trofeów z czego większość była z hokeja, piłki ręcznej i koszykówki natomiast bardzo mało z piłki nożnej. To dało do myślenia, ale znalazłem też kilka informacji o drużynie piłki nożnej więc w moje serce wlała się znowu nadzieja:)). Pokręciłem się dyskretnie jeszcze trochę, dzięki czemu rozpoznanie było pełniejsze i gdy już wiedziałem, że jestem sam na sam z panią z sekretariatu przystąpiłem do szturmu:]. Niestety pani nie za bardzo rozumiała po angielsku, ale jakoś udało nam się porozumieć. Na moje zapytanie czy jest możliwość pogrania w piłkę w tym klubie usłyszałem – „nao football, nao”. W oczach pojawiły mi się niemalże łzy jest mi to strasznie bardzo napisać, ponieważ mój narcyzm nie pozwala mi na takie sytuacje, w których na mojej idealnej powierzchni pojawiają się drobne rysy tudzież pęknięcia…:))). Z gier, które zawierają piłkę w tytule to były tylko koszykówka i piłka ręczna. Pani natomiast poinformowała mnie, że jak chcę pograć w piłkę to żebym się udał do FC Porto – ha ha ha, ale ona wcale tego nie mówiła ironicznie, więc może nie przymierzała mnie do pierwszego zespołu, ale do czegoś innego:P. O tym też się przekonam, ponieważ FC Porto to kolejny z klubów na mojej liście:D. Z ulotki dowiedziałem się, że wynajęcie hali sportowej kosztuje 8 euro za godzinę, czyli nie tak najdrożej, ale z zebraniem odpowiedniej ilości ludzi byłoby mi ciężko na razie jeszcze. Może w zimie:)).

Troszkę zdołowany wyszedłem na ulicę Costa Cabral i ruszyłem przed siebie bez żadnego konkretnego celu. Na dodatek zaczęło padać tak, jakby aura chciała się dostroić do mojego nastroju:)). Poszedłem na plac, na który wychodzi wyżej wspomniana ulica i obszedłem go dookoła obserwując co się tam dzieje. Dowiedziałem się, że znajduje się tam stacja metra, czego wcześniej nie wiedziałem. Jest to też miejsce spotkań panów w podeszłym wieku, którzy do swojej dyspozycji mają stoły kamienne i krzesełka, co wykorzystują grając w karty, szachy, warcaby lub po prostu pewnie dyskutując na bieżące tematy:)). Znalazłem też pocztę i po wnikliwej analizie automatu do wydawania znaczków dowiedziałem się, że znaczek do Unii Europejskiej (bez Hiszpanii) kosztuje 60 eurocentów – nie tak najgorzej. Pamiętam, żeby powysyłać trochę pocztówek, więc jak następnym razem będę w centrum (a będzie to stosunkowo szybko) to kupię ze 2 tuziny kartek pewnie:D.

Wróciłem do domu i zacząłem przeglądać zeszyt z kursu portugalskiego, ponieważ pani naprawdę chce, żebyśmy się nauczyli tego języka:].

Wieczorem oglądaliśmy portugalski taniec z gwiazdami, ale goście nie pokazali jakiejś wielkiej klasy. Beata z Robertem stwierdzili, że w Polsce ten program jest o wiele lepszy, a pary bardzo dokładnie przygotowują się do każdego odcinka i świetnie im to wychodzi. Skrytykowali Portugalczyków, że pewnie uczą się dzień przed programem tańczyć. Może takie jest założenie ich programu, o którym my nie wiemy:>. Pozostaje mi zatem opierać się na opinii moich współlokatorów, ponieważ ja nie oglądam takich programów w Polsce:))).

Dodatkowo postanowiliśmy poczęstować się lodami zakupionymi podczas poniedziałkowych zakupów, a było ich nie mało, bo całe 2 litry!:D. Oczywiście wszystkich nie zjedliśmy, ale każdy dostał po kilka solidnych łyżek:)). Tym razem już nie szalałem z pójściem spać i położyłem się o przyzwoitej porze, jak na grzecznego chłopca przystało:))

(Środa 11.10) W środę czekało nas po raz kolejny ranna pobudka ze względu na spotkanie z Jose Oliveirą i moją chęć porozmawiania z panią od Investment Analysis, na który to przedmiot chciałem uczęszczać. Ze względu na to, że te 2 sprawy pokrywały się w czasie musiałem zadecydować na co iść i postanowiłem odwiedzić kobietę:)). Mówiła bardzo płynnie po angielsku i szybko doszliśmy do porozumienia, co do najbliższych działań. Ona miała poszukać u siebie jakichś książek związanych z tematem, a ja miałem odwiedzić bibliotekę w tym samym celu:)). Następnie udałem się do sali komputerowej na Internet, aby złapać delikatny kontakt ze światem i dowiedzieć się coś więcej na temat nastrojów panujących w kadrze, ponieważ tego dnia o 19:30 mojego czasu miał się odbyć przecież mecz eliminacji mistrzostw europy:))). Odwiedziły mnie Agnieszka z Beatą i opowiedziały w skrócie jak poszło ich spotkanie. Wreszcie udało im się uzgodnić warunki zaliczenia, a dodatkowo dowiedziały się, jakie restauracje odwiedzać, do jakich klubów chodzić (ten klub Via Rapida, w którym byliśmy jest ulubionym miejscem piłkarzy i modelek, więc w sumie to za bardzo od profilu (męskiego oczywiście:D) nie odbiegałem:P) i co warto zobaczyć. Dziewczyny poszły do domu, ja zostałem załatwiać ciemne biznesy i po 14 ruszyłem do domu, żeby coś zjeść przed wyjazdem na kurs.

O 16:15 wyjechaliśmy, żeby być odrobinę wcześniej, ponieważ ostatnim razem trafiły nam się bardzo kiepskie miejsca i niewiele mogliśmy zobaczyć z tego, co pani pisała na tablicy. Pojawiliśmy się ok. 16:45, a ze względu na to, że nikogo jeszcze nie było zaczęliśmy okupować komputery (mamy zajęcia w bibliotece) i tak, aż do rozpoczęcia zajęć. Podczas zajęć dowiedzieliśmy się bardzo dużo o ludziach, z którymi przyszło nam dzielić los studentów portugalskiego. Zatem był to status cywilny, zawód, numer telefonu i wiele innych potrzebnych rzeczy:P. Najśmieszniej było, jak pani się zapytała Roberta o stan cywilny i powiedział, że jest kawalerem, ale ma dziewczynę. Powiedział to w taki sposób, że wszyscy zrozumieli, że ma dwie – Agnieszkę i Beatę:))). Dodatkowo kiedy Robert mówił jaki jest jego numer telefonu, pani prowadząca mobilizowała wszystkie kobiety, żeby szybko notowały, bo on już nie powtórzy:D. Jednym słowem Robert cieszył się ogromnym wzięciem:)). Jednak nic nie przebije chłopaka z Chin o imieniu Zhu. W sumie to tak naprawdę nikt do końca nie wie czy on ma tak na imię czy nazwisko, ponieważ strasznie ciężko się z nim dogadać. Po angielsku nie za bardzo umie, po portugalsku też, więc wyciągnąć coś od niego graniczy z cudem. I tak uważam, że zrobił wielki krok w kierunku nauki portugalskiego, bo przynajmniej teraz nie boi się cokolwiek powiedzieć:P. Ale jeszcze większy krok zrobił przynosząc na zajęcia słownik chińsko-angielsko-portugalski, dzięki czemu pani mogła się o nim więcej dowiedzieć, a wraz z nią – my:D. Zostałem wybrany do mini teatrzyku i razem z kobietą z Ukrainy miałem odgrywać scenkę:)). Popełniłem małe faux pas w momencie kiedy zaczęliśmy się witać, ona podała mi rękę, więc chciałem ją pocałować, schylam głowę i … prawie bym ją znokautował:P. Nie wiedziałem, że ona mnie będzie chciała całować w policzki szczególnie, że na początku wyskoczyła z tą ręką:))). Pierwsze koty za płoty, nikt nie mówił, że będzie łatwo:P. Pytanie o imię, nazwisko, narodowość i potem od razu do biznesów, czyli o stan cywilny;). Okazała się wdową (na oko 50 lat) i kiedy zapytała się o mój stan, odpowiedziałem, że kawaler … (wszyscy na sali wzięli głęboki oddech, wstrzymali wydech, kobieta zrobiła wielkie oczy) … i kiedy już wiedziałem o co chce zapytać (napięcie jeszcze bardziej urosło) szybko dodałem mas! tenho nAMORada (ale! mam dziewczynę) i wszyscy padli ze śmiechu:))))). Później ja zapytałem ją o numer telefonu, ale nie chciała mi dać przez to, że nie jestem wolny. Podłamałem się trochę:P. Zajęcia się skończyły i mieliśmy genialny plan, żeby jechać tak, aby zdążyć na mecz. Taaa, udało się wręcz idealnie. Z autostrady zjechaliśmy tak, że wyjechaliśmy 10 km za Porto i dopiero wtedy z wielkim trudem udało nam się zawrócić. Po prostu mistrzostwo świata. Gdzie kucharek 6 tam nie ma co jeść. Można by przerobić i mówić – gdy kierowcę dwóch pilotów prowadzi, wszyscy w samochodzie są straszliwie bladzi:P. No trochę kiepskie, ale miało się rymować. Wiadomo o co chodzi:D. Jak już dotarliśmy do domu i włączyliśmy telewizor to naszym oczom ukazał się fantastyczny widok w postaci wyniku 2-0 dla Polski i za chwilę była akcja Błaszczykowskiego, po której Żurawski trafił w słupek, ach:))). Zaprosiliśmy na mecz Agnieszkę, ponieważ jej odcięli telewizję:P. Do jedzenia mieliśmy racuszki, a do picia czerwone wino:)). W przypływie emocji wyskoczyłem na zewnątrz naszego domku i zacząłem skandować Polonia, Polonia, ale nikt jakoś nie podniósł rzuconej przeze mnie rękawicy:P. Po meczu pozostało nam jedynie posprzątać i zająć się przyziemnymi sprawami takimi jak przeczytanie materiałów na czwartkowe zajęcia z Business Ethics. Był to case poświęcony McDonald’s, a konkretnie dwóm sytuacjom, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii i Francji. Chodziło o protesty przeciwko McDonald’s w każdym z tych krajów i o taktykę przyjętą przez międzynarodową firmę, aby bronić swego wizerunku. Po takiej miłej lekturze nie pozostało nic innego jak iść spać:)).

(Czwartek 12.10) Na czwartek zaplanowane były bardzo ciekawe badania empiryczne, ponieważ stwierdziłem, że przetestuję portugalską dumę paradując wszędzie z biało-czerwonym szalikiem na szyi:)))). Jaj pomyślałem, tak zrobiłem:).

Z początku na wydziale nie wywołałem stosownego zamieszania w związku z tym, że pierwszą godzinę spędziłem w Sali komputerowej, gdzie niewiele osób mogło na mnie zwrócić uwagę w szczególności, że sala miała wymiary 4×6 m;). Wyszedłem trochę wcześniej na zajęcia i spotkałem Mateusza z Radkiem. Zostałem pochwalony za patriotyczną postawę i zobaczyłem u kolegi Mateusza niebieską koszulkę ze złotym napisem „Poland Subaru Team” – jedyna rzecz, która miała napis Polska;). Spotkał nas „znajomy” Portugalczyk, który ostatnim razem popisał się fantastyczną znajomością polszczyzny:P. I tym razem nas nie zawiódł wypowiadając słowa zwyczajowo oznaczające „zakręt” i to nie tylko w Portugalii:). Doświadczyliśmy także uścisku dłoni prezesa i kilku komplementów na temat gry naszej reprezentacji:)). Gdy mijaliśmy stojących na korytarzach studentów byliśmy śledzeni przez wiele zawistnych, a zarazem ciekawskich par oczu:).

Na zajęciach dziewczyny rodem z paczki Plastic Fantastic – Alexandra, Sofia i Wania (trochę rosyjskim zalatuje:D) – prychnęły tylko pod nosem i próżno czekałem na jakiś inny komentarz. Ale nie chciała Alexandra wziąć udziału w przekazaniu długopisu, którego końcowym odbiorcą miałem być właśnie ja. Ach ta duma:))). Chłopcy przyjęli to z niejakim spokojem i tylko na końcu jeden z nich się zapytał czy się z nich nabijam. Ależ skąd! Ja?! Toż to ja się nie znam na żartach – spytajcie kogokolwiek:D.

DSCF5816.JPG

Zajęcia same w sobie były strasznie nudne i zdominowane tylko przez Pedro, który wydaje mi się, że został poproszony przez Daniele o obecność na zajęciach, żeby miał się kto odzywać. Na koniec każdy miał podać propozycję dla McDonald’sa, która pomogłaby mu oszczędzić kłopotów związanych z różnego typu oskarżeniami. Zmiana menu, podwyższenie cen, zdrowsze jedzenie, itp. to przykłady tych rzekomo dobrych propozycji. Moja natomiast przeszła bez echa:(. Wydawało mi się, że znalazłem idealne rozwiązanie. W Wielkiej Brytanii z dwójki osób, która została pozwana do sądu za rozpowszechnianie ulotek „szykanujących„ McDonald’s, jedna była ogrodnikiem społecznym, druga natomiast nie pracowała. Podsunąłem więc pomysł, żeby McDonald’s zapewniał takim ludziom pracę, najlepiej pełną odpowiedzialnych zadań, ponieważ tylko dzięki temu przestaną marnować czas na jakieś nikomu niepotrzebne wysnuwanie wniosków:P. Gdy przychodzi odpowiedzialność nie ma się już czasu na marzenia. Jeden tylko Radek pochwalił mnie za błyskotliwość przemyśleń i chwała mu za to:D.

Po Business Ethics poszedłem do bibliotek poszukać książek z Investment Analysis, ale niewiele udało się znaleźć takich, które byłyby napisane w języku angielskim. Szczerze powiedziawszy nie udało się znaleźć żadnej:)). Natomiast co do samej biblioteki to nie jest ona szczególnie przyjazna dla studentów – można mieć wypożyczone tylko 2 książki w tym samym czasie. Każda z nich na okres nie dłuższy niż 8 dni. Dostaje się specjalny paragon, którego pod żadnym pozorem nie powinno się zgubić i który trzeba przynieść wraz z książką. Dokonać przedłużenia wypożyczenia można tylko na 2 tygodnie i ani dnia dłużej:). Jeśli trzeba będzie jakąś pracę napisać to coś czuje, że biblioteka będzie moim drugim domem:)).

Wieczór bez jakichś większych sensacji i wrażeń, gdyż następnego dnia o 8:30 miały być moje pierwsze zajęcia z analizy inwestycji i dostałem rozkaz – „Les don’t be late”. Trzeba się słuchać, tym bardziej kobiet:)).

(Piątek 13.10) Hmmm, nie należę do ludzi przesądnych, ale w dni takie jak ten dużo może się wydarzyć. No i wydarzyło się, obudziłem się o 6, jak pech to pech:P. Dobrze, że później usnąłem i obudziłem się szczęśliwie o 8, bo inaczej byłoby mi ciężko dotrzymać danego słowa;). Na uczelni, przed salą pojawiłem się punktualnie i spotkałem bliźniaczki i jeszcze jedną dziewczynę z Cabo Verde. Następnie pojawiła się Celeste, po niej przyszła pani Mafelda, a na samym końcu dotarła reszta klasy. Zapobiegawczo zająłem miejsce obok Celeste, która najlepiej z klasy włada językiem angielskim, dzięki czemu mogła mi pomagać tłumacząc to co się działo na zajęciach:)). I tak zaczęła się moja pierwsza trzygodzinna przygoda z inwestycjami:P. Mowa była o Net Prezent Value i Internal Rate of Return, czyli to co jest mi dobrze znane z zajęć z dr. Rutkowskim:)). Gdybym lepiej władał językiem portugalskim to pewnie bym ich zakasował wszystkich, a tak musiałem odgrywać rolę, która w negocjacjach nazywana jest rolą „ucznia”:)).Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy w szczególności zaś wzbogaciłem moje słownictwo portugalskie o wyrażenia biznesowe. W przerwie przekazałem z wielkim żalem i bólem serca pani Mafeldzie, że nie będę mógł chodzić na jej zajęcia, ponieważ wyczerpałem już limit przysługujących mi punktów ECTS. Porozmawialiśmy trochę o życiu prywatnym wykładowczyni i wygadała się, że wszystkie zajęcia ma w tym semestrze i jest dodatkowo konsultantem zasiadającym w zarządzie finansowym jakiejś firmy i ma strasznie mało czasu. Zaoferowała swoją pomoc przy pisaniu przeze mnie pracy magisterskiej i dała przyzwolenie na chodzenie na zajęcia kiedy tylko będę mieć ochotę. Miło z jej strony:))). Zapytałem się czy mogę zostać na drugą część czy mam sobie iść i uzyskałem odpowiedź twierdzącą na pierwsze pytanie:)). Udało mi się wreszcie uzyskać informację na temat imienia mojej asystentki z lewej strony ławki, która pomagała mi przebrnąć przez pole minowe portugalskiej pisowni. Była to jedna z bliźniaczek i na imię jej Rosseana, a siostra jej to Rossemary:))). Rozróżnić je można tylko po długości włosów i oprawkach okularów:). Druga część zajęć upłynęła na testowaniu mojej umiejętności rozmów po portugalsku. Zapytałem Rosseany czy jej siostra to viúva (wdowa), co wywołało salę śmiechu w pierwszych ławkach (były 3 złączone). Na pytanie dlaczego tak uważam powiedziałem, że to ze względu na czarne oprawki okularów;)). No i potem takim pytaniom i głupim odpowiedziom z mojej strony nie było końca. No dobra, był – po 3 pytaniach, kiedy zasób słów mi się skończył:D. Te zajęcia są dla 4 roku, tak samo jak Business Ethics, dlatego bardzo się zdziwiłem słysząc, że bliźniaczki mają 20 lat, a Celeste 24. Hmm, nieźle:P. Zapytałem Celeste jak często jeździ do domu i odpowiedziała, że to zależy od jej rodziców, a dokładnie od tego czy mają pieniądze. Otóż jak się okazuje bilet na Wyspy Zielonego Przylądka kosztuje od 550 do 800 euro w 2 strony, ajć!:/.

DSCF5792.JPG

Po zajęciach spotkałem Mateusza z Radkiem, którzy pytali mnie czy nie chciałbym z nimi wyskoczyć gdzieś na 2 dni na weekend, bo zapowiada się słoneczna pogoda. Musiałem im z przykrością odmówić, bo nie chciałem opuszczać kursu (Beaty i Roberta też miało nie być), a poza tym w niedzielę chciałem właśnie wykorzystać sprzyjającą aurę i odwiedzić Fundação de Serralves – muzeum sztuki współczesnej, miejsce spotkań wyższych sfer i generalnie świetne miejsce do zwiedzania:). W szczególności, że do 14 w niedziele wejścia są darmowe:PPP. Chłopcy także zaproponowali wspólne wyjście we wtorek na mecz ligi mistrzów FC Porto – Hamburger SV. Jak zdążyli się dowiedzieć, bilety są od 15 do 40 euro. Jakby się udało kupić te po 15 to byłoby super:]. Napisałem maila do FC Porto z pytaniem jak to jest z tymi biletami i gdzie je można kupić i czy jest możliwość, aby grać u nich w piłkę:]]]. Pytanie o piłce pozostało bez odpowiedzi – dranie! :) – ale dowiedziałem się, że bilety na każdy mecz są w sprzedaży na tydzień przed terminem spotkania i można je kupić w wirtualnym sklepie na stronie internetowej. Szkoda tylko, że w wersji angielskiej nie ma takiej możliwości, a po portugalsku nie wszystko rozumiem:)). Zapomniałem sprawdzić tłumacza na Google:].

Wieczorem postanowiliśmy wcielić w życie nasz genialny plan (zrodził się 2 dni wcześniej:)), żeby się udać do jakiegoś ciekawego miejsca (klubu, pubu). Beata z Robertem zrobili mały market research i dowiedzieli się o paru lokalach, ale chyba żaden z nich nie miał nic ciekawego do zaoferowania w piątkowy wieczór. Wyszliśmy więc z domu około 23 wieczorem i udaliśmy się metrem w pobliże Ribeiry. Trzeba przyznać, że ten rejon, szczególnie nocą, robi fantastyczne wrażenie – po prostu idealnie to wszystko wygląda;). Niemalże godzinę zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca, gdyż większość była albo pełna (wiemy gdzie następnym razem iść), albo wręcz przeciwnie – przeraźliwie pusta:)). My wybraliśmy kawiarenkę zrobioną całą ze szkła, tuż nad samym brzegiem rzeki Douro, skąd mieliśmy wymarzone miejsce, żeby podziwiać okoliczne widoki:))). Zamówiliśmy dzbanek sangrii i byliśmy z niego bardzo zadowoleni. Podjęliśmy decyzję, że zrobimy sobie własną wykorzystując do tego celu napój o tej samej nazwie, który można dostać w sklepie za ok. 2,5 euro. Doprawimy odpowiednimi owocami i będzie jak znalazł:))). Czas upływał nam zatem na rozmowach i nim się spostrzegliśmy wybiła godzina 2 i pan postanowił zamknąć lokal. Metro kursuje tylko do 1 w nocy, dlatego postanowiliśmy wrócić do domu taksówką, która okazała się śmiesznie tania, bo po podzieleniu na 4 osoby, wyszło 1,25 euro na głowę:]. W ten właśnie sposób uczciłem mój miesięczny pobyt w Porto:]]].

(Sobota 14.10) Sobota zaczęła się o godzinie 11:20 i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nie obejdzie się i tym razem bez porządnego porządkowania domu:)). Dom aż lśnił kiedy skończyliśmy, ale czego się nie robi, żeby przyjąć godnie rodziców – nawet pająki miały pięknie wyczyszczone pajęczyny:P. Zostało też zrobione ciasto, do którego powstania (przyznam się bez cienia skromności) przyczyniłem się i ja, obierając jabłka:D.

O 14:30 Beata z Robertem pojechali więc na lotnisko po rodziców, a ja o 15:45 wyszedłem z domu, aby udać się na kurs. Postanowiłem zajść po Agnieszkę, bo nie uśmiechała mi się samotna wędrówka, ale jej nie było w domu. Dzięki temu zyskałem możliwość decydowania, którą drogą chcę dotrzeć pod odpowiedni adres:)). „Spacer” zajął mi około godziny i byłem pierwszą osobą na schodach pod salą:]. Po chwili przyszła moja partnerka ze środowych zajęć i zaczęliśmy chwilę rozmawiać po portugalsku i rosyjsku. Sprzedała mi najwspanialszego news’a – jest jeszcze jeden kurs portugalskiego:P. We wtorki i w czwartki w szkole niedaleko Casa de Musica. Super! Idealnie nam pasuje:]. Z tego co mi powiedziała to zapisać się trzeba w najbliższy poniedziałek (16.10) i ona ma to zamiar zrobić, ponieważ sama dowiedziała się o tym kursie stosunkowo niedawno. Nie muszę wspominać, że jest on za darmo:]. Przyszła też Aneta i jej koleżanka Agata, ale nie zapisywały się wcześniej, więc na samym początku zajęć pani powiedziała, że nie mogą zostać i się zapisać, bo lista jest już pełna. Lista zawiera 30 nazwisk, a na pierwszych zajęciach było 18 osób, a na drugich zajęciach jeszcze mniej, bo 13 i nawet okazało się, że ktoś zrezygnował. W związku z takim obrotem sprawy dziewczyny mogły zostać. Na zajęciach poznaliśmy narodowości i nazwy języków, zrobiliśmy kilka ćwiczeń z książki i ćwiczeniówki oraz została nam podana odmiana 3 czasowników. Strasznie szybki ten kurs w porównaniu z tym środowym:].

Po zajęciach udaliśmy się z Agnieszką szybko do domu i umówiliśmy się na wspólne siedzenie na wydziale, ponieważ potrzebowałem ją wykorzystać w bardzo ważnej sprawie, w której tylko ona mogła mi pomóc. Na szczęście bilet na metro jest ważny przez godzinę, dlatego mogłem posiedzieć nawet w domu przez 15 minut i jeszcze spokojnie zdążyć pojechać na uniwersytet:P. Gdy przyszedłem nie zastałem w domu nikogo, kto mówiłby ludzkim głosem – zatem była tylko Masza:). Byłem już tak niemiłosiernie głodny, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po rzuceniu torby na łóżko było udanie się do kuchni w celu skonsumowania ciasta:). Moje wrodzone łakomstwo wzięło górę nad dobrym wychowaniem i ukroiłem sobie kawałek ciasta. W tym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Masza zwariowała. Nie wiedziałem z początku o co jej chodzi, ale kręcenie się przy drzwiach, machanie ogonem z niewiarygodną szybkością może świadczyć tylko o jednym – wrócili. Otworzyłem drzwi do domu i Masza niemal eksplodowała ze szczęścia widząc rodziców Beaty:))). Ja zostałem przyłapany na podjadaniu ciasta;)). Po wymianie grzeczności musiałem przeprosić wszystkich i dyskretnie wymknąć się na uniwersytet, ponieważ ważne sprawy czekały na załatwienie.

Wróciłem po 22 i zastałem dom w ciemnościach egipskich. Otwierając drzwi i wchodząc do środka dane mi było być naocznym świadkiem upadku Maszy ze schodów, kiedy zbiegała, żeby mnie przywitać – kochany piesek:)). Robert z Beatą właśnie brali prysznic i myśleli, że ktoś się włamuje:]. Dowiedziałem się, że tata Beatki bardzo chętnie poszedłby na mecz, dlatego najprawdopodobniej pójdziemy w sile 8 osób. Może jakąś zniżkę dostaniemy?:>. Umówiliśmy się, że Robert zapyta o bilety w poniedziałek i jeśli będzie możliwość to kupi. Mam nadzieję, że się uda i mecz z Hamburgerem nie będzie się cieszyć jakąś wielką popularnością:]. Po załatwieniu wszystkich spraw wieczorem dane mi było się trochę ukulturalnić dzięki dostawie filmów DVD – obejrzałem aż dwa i o 4 w nocy położyłem się spać:].

(Niedziela 15.10) Spodziewałem się pobudki przez domowników o godzinie 8, ale na szczęście nic takiego się nie stało:]. Zostałem (r)o(z)budzony przez smsy, które dostałem od życzliwych ludzi, dzięki czemu dowiedziałem się o zwycięstwie 1:0 w hattricku!:]. Wstałem o 10:40, prysznic, zmiana karty – wiadomość-pobudka od Agnieszki z zapytaniem kiedy idziemy. Telefon w odpowiedzi – o 12 na stacji Salgueiros (minuta od domu:)). Nie załapałem się na pomoc w przygotowywaniu śniadania, ponieważ wszystkim zajęła się już Beata wraz z mamą. Podano do stołu i jak jedna wielka rodzina zasiedliśmy do śniadania, na które zaserwowano nam jajecznicę:]. Zaraz po niej zjedliśmy do końca pyszną szarlotkę i porozmawialiśmy trochę. Dowiedziałem się, że lotnisko w Porto jest świetne po prostu, dodatkowo metro podjeżdża niemalże pod samo wejście – mistrzostwo świata:]. Nie omieszkano wspomnieć o przygodzie na lotnisku w Warszawie kiedy okazało się, że rodzice mają 30 kg nadbagażu. Zatem wszystkie najcięższe (i najlepsze:D) rzeczy zostały w Polsce – alkohol, dużo jedzenia itp.:]. Posiłek został zakończony o 11:50, więc umyłem zęby, spakowałem się, życzyłem udanego dnia i ruszyłem na umówione miejsce.

Zgraliśmy się idealnie i mogliśmy ruszyć w drogę. Dotarliśmy do Trindade, gdzie mieliśmy się przesiąść na inną linię, aby dojechać do Casa de Musica. Okazało się jednakowoż, że trwają jakieś roboty w metrze i pani skierowała nas na autobus, który miał nas zabrać w pożądane przez nas miejsce. Znaleźliśmy parking dla autobusów, ale było ich aż 4 i nie wiedzieliśmy, do którego mamy wsiąść. W sukurs pośpieszył nam pan z obsługi metra pytając (zapewne) gdzie chcemy jechać i wskazał nam odpowiedni autobus. Skasowaliśmy bilet, zajęliśmy miejsca i czekaliśmy aż kierowca ruszy. Nastąpiło to, gdy cały pojazd załadowany był już pasażerami. Po drodze spotkała nas jedna przygoda, kiedy kierowca nie mógł się zmieścić manewrując między postawionymi samochodami:]. Po kilku minutach zmagań w końcu mu się udało i dojechał na Casa de Musica, gdzie wysiedliśmy z autobusu:)). No i później piechotką aż do samego Fundação de Serralves.

Zdążyliśmy przed 14 dzięki czemu mieliśmy za darmo bilety i wstęp wszędzie gdzie tylko mieliśmy ochotę iść. Zaczęliśmy więc od muzeum sztuki współczesnej. Wystawa mnie poraziła swoją głębokością do tego stopnia, że jedyne moje odczucia towarzyszące oglądaniu prac to – „facet musiał się nudzić na zajęciach z chemii”, „świetny z niego fizyk”, „musi kochać Zurych”, ponieważ większości jego prac towarzyszyły wzory chemiczne i budowa atomów, schematy i wykresy z fizyki oraz zdjęcia dworca w Zurychu :|. Jednym słowem – sztuka współczesna:]]]. Jedyną fajną rzeczą było oglądanie zeszytów z pracami, podczas którego należało założyć białe rękawiczki. Dzięki temu na pierwszy rzut oka wyglądałem jak jakiś konserwator zabytków:]. Uciekliśmy stamtąd jak najszybciej, bo atmosfera tamtego miejsca była strasznie przytłaczająca:)).

Weszliśmy na wyższe piętro, gdzie umiejscowiona była kawiarnia, którą Jose Oliveira opisał jako godną zwiedzenia. Rzeczywiście robiła bardzo dobre wrażenie:]. Za 13,50 euro można było wykupić „szwedzki stół” i jeść do woli, a naprawdę było z czego wybierać. Nie mając ochoty na nic do jedzenia udaliśmy się 2 poziomy niżej, gdzie znajdowała się biblioteka. W bibliotece uderzyło mnie piękno wywołane przez zwisające z sufitu lampy, który miały kształt dobrze nadmuchanych balonów:]. Była tam wystawa książek, która szczególnie mnie nie interesowała. Moją uwagę przykuł natomiast film, na którym mężczyzna tworzył sztukę na jakiejś ogromnej, przez nikogo nie zamieszkałej przestrzeni. Najprawdopodobniej była to Australia albo jakaś pustynia w USA. Widziałem 2 stworzone przez niego dzieła. Pierwszym była spirala o średnicy około 5 metrów wykonana przy pomocy buta na środku pustkowia – nic dziwnego, że później Amerykanie rozgłaszają wszem i wobec, że ich kraj jest celem wizyt istot pozaziemskich, skoro znajdują z dala od cywilizacji takie wzory:]. Drugie dzieło zostało wykonane przy pomocy linek i kamieni. 2 równolegle rozłożone linki w odległości 1 metra od siebie tworzyły swojego rodzaju ramy. Mężczyzna zaczął zbierać kamienie i układać je między sznurkami. W ten sposób zrobił gruby na 1 metr, a długi na 25 metrów pas z kamieni:]. Ale na tym nie zakończył swojego dzieła. Otóż następnie zaczął układać kamienie na zewnątrz linek, pozostawiając pas (grubości 1 metra i długości 25 metrów) ziemi, który był stworzony przez okalające go kamienie:]. Pochwalił się, że na świecie ma miliony takich dzieł. Można go było oglądać bez końca, ale nie mieliśmy tyle czasu, więc jeszcze posłuchałem odgłosów wody nagranych przez jakiegoś człowieka;))).

Po posileniu się w kawiarni kanapką z szynką i serem udaliśmy się do sklepu w muzeum, który oferował mnóstwo wspaniałych i nie spotykanych rzeczy:]. Wstąpiliśmy także do sklepu, w którym znajdowały się produkty firmy Koziol i zacząłem się zastanawiać czy mój koordynator wydziałowy nie zmienił profesji i nie zaczął zajmować się produkcją bardzo ciekawych artykułów:)))).

Po części wewnątrz budynków przyszła pora na część przyrodniczą i spacer pod gołym niebem. Dzięki mapce, którą wziąłem ze sobą przy kasie miałem możliwość zaplanowania trasy wycieczki. Trzeba przyznać, że teren jest bardzo rozległy i piękny – jest to miejsce, którego pod żadnym pozorem nie można opuścić:). Ja mogę robić za przewodnika, jeśli tylko będę akurat na miejscu:). Tak więc przechadzając się malowniczymi ścieżkami, odwiedzając ogrody z roślinami i z kwiatami, oglądając niesamowite rzeźby, czułem się naprawdę wspaniale. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego znajduje się w środku wielkiego miasta, a to dlatego, że czułem się trochę jak w lesie, a czasem to nawet, jak na jakimś polu:)). Cudowne miejsce. Zwiedzanie zakończone zostało około godziny 18 i potem pieszy powrót do domu.

Po drodze zawadziłem jeszcze o stadion Boavisty, żeby porobić parę zdjęć i porównać z obiektem FC Porto. Trochę się powiem szczerze zawiodłem, ponieważ z zewnątrz stadion wygląda jakby był ciągle w budowie i nie dało się nawet zobaczyć boiska, co akurat udało się w postaci drugiego klubu z Porto. Wrażenie robi natomiast pantera stojąca obok stadionu, no i jakoś szczególnie bardzo podobają mi się barwy Boavisty – biało-czarna krata.

W domu oddałem się namiętnie oglądaniu filmu, co zostało przerwane przyjazdem turystów, którzy jak się okazało zwiedzili Bragę, Bom Jesus i jeszcze jedno miasto z czego dokładne sprawozdanie dostałem przy wspólnej kolacji. Kiedy każdy już wrócił do swojego pokoju mogłem wreszcie dokończyć oglądanie. Położyłem się wcześniej niż zazwyczaj do łóżka, ponieważ wcześnie rano czekały mnie zajęcia;)).

DSCF5736.JPG

Nie pamiętam czy wspominałem już o ogromnej wilgoci panującej w Portugalii. Wynosi ona pewnie około 99,9%. Ubrania schną w ślimaczym tempie i zazwyczaj są do zdjęcia po 4-5 dniach intensywnego suszenia. Nie daj boże jak się zapomni przed 20 wnieść suszarkę do domu to efekt jest taki, jakby się pranie przed chwilą wyjęło z pralki:P. Na przykład moje mydło ma taką konsystencję, że ktoś mógłby pomyśleć, iż trzymam je cały czas w wodzie. Wilgotność powietrza jest strasznie irytująca. Ubrania tak do końca są suche, jak się je ponosi na sobie przez kilka godzin:P. Poza tym gdyby ta wilgotność była większa to w Portugalii byłby najwspanialsze żywe tapety na świecie, ze względu na obecność grzyba na ścianach:P.

(Poniedziałek 16.10) W poniedziałek rano byłem drugim domownikiem, który wstał najwcześniej (Maszy nie liczę). Zastałem tatę Beaty siedzącego na schodach i czytającego przewodnik w poszukiwaniu dobrego miejsca do zwiedzania. Kiedy dowiedział się, że idę na zajęcia pochwalił mnie:)). Tak naprawdę to nie był główny powód mojego wczesnego wstania, ale ten prawdziwy nie doszedł do skutku:P.

Przed zajęciami udało mi się jeszcze spotkać Carlo z Parmy, który poprosił mnie o numer i pytał czy jem obiad na stołówce. Nie chciałem mu mówić, że takich okropnych rzeczy raczej w siebie nie pcham, wiec tylko taktownie powiedziałem, że jak na razie stołuję się w domu i to mi najlepiej wychodzi:].

Na zajęciach były jakieś rzeczy strasznie proste, a ponieważ pan nie przykładał się bardzo do mówienia po angielsku (jak na pierwszych zajęciach) zatem stwierdziłem, że porozmawiam sobie z Pedro – chłopakiem z 3 roku, który w następnym semestrze będzie studiować w Warszawie na Wydziale Zarządzania. Zatem utrzymywanie wzajemnie dobrych kontaktów leży w interesie każdego z nas:)). Na początku przeprowadził ze mną wywiad środowiskowy, pytając się mnie czy znam jakieś portugalskie dziewczyny. Oczywiście, że znam – usłyszał ode mnie. Zaczął więc wypytywać się czy mi się podobają. Odpowiedź była jedna;). Powoli zaczął zbierać w sobie siły, żeby przystąpić do głównego ataku. „A tutaj w sali ci się podobają” – dopytywał. Jasne – usłyszał zbywającą odpowiedź. No i już wtedy poleciał na całego, zapominając o jakiejkolwiek konspiracji – „a które?” Roześmiałem się i powiedziałem, że to jest moją słodką tajemnicą. Potem już przeszliśmy na bezpieczniejsze tematy dotyczące polskich monet, sklepów z ubraniami, kosztów mieszkania w akademiku, itp. Następnym tematem był sport i wyszło na jaw, że Pedro kibicuje odwiecznemu wrogowi FC Porto – Benice Lizbona. Poskarżyłem mu się także, że jako miłośnik gry w piłkę cierpię w Portugalii straszne katusze ze względu na to, że nie znam nikogo z kim mógłbym grać, ani nie znam odpowiednich miejsc. No i akurat dobrze trafiłem, bo pochwalił się, że dzięki pomysłowi jednego z profesorów będzie rozegrany mecz „biali vs czarni”, który ma się odbyć w niedalekiej przyszłości. „Czarni” mają już skład, ponieważ jest ich bardzo dużo na uniwersytecie, natomiast „biali” mają niedobór zawodników. Powiedziałem, że ja bardzo chętnie zagram i mogę mu jeszcze kilku kopaczy załatwić – chodziło mi o Roberta, Radka i Mateusza. Strasznie się ucieszył i powiedział, że da mi niedługo znać kiedy to będzie. Zajęcia upłynęły bardzo szybko, a ja zdobyłem dużo ważnych informacji:].

Gdy wyszliśmy z sali akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na Ivo (chłopak z ostatniego roku), który jest głównym organizatorem meczu i kapitanem w drużynie „czarnych”. Po szybkim zapoznaniu, zapytał się czy dobrze gram, więc powiedziałem, że kopać potrafię, ale jak chce się sam przekonać to może zrobić mały try out i wtedy będzie znać moją wartość:]. Nie było mu to potrzebne i powiedział, że gram z nimi. All right!!:]]]. Nie wiem czy chciał się podrażnić z Pedro, ale w każdym bądź razie osiągnął zamierzony skutek:)). Potem Pedro przedstawił mnie jakiemuś chłopakowi i dziewczynie i w momencie kiedy podawałem jej rękę wypalił – she is very beautiful, isn’t she? Stanąłem jak ten kołek z ustami otwartymi i nie wiedziałem co powiedzieć:]. Ten chłopak pewnie jest na usługach jakichś zdesperowanych kobiet:].

Kolejnym punktem w planie dnia było wyruszenie wypytać się o kurs, o którym dowiedziałem się od pani Larysy z Ukrainy. Dotarcie na miejsce nie było trudne, ale jak się okazało na miejscu wysiadłem o jeden przystanek metra za daleko, ponieważ pod samą szkołą była stacja:)). Poszedłem do sekretariatu i pytam się pani czy rozumie angielski i czy może mi na kilka pytań odpowiedzieć. Na szczęście trochę rozumiała więc udało mi się w kilku zdaniach wyjaśnić o co mi chodzi. Powiedziała, że organizują kurs i jeśli będę się chciał zapisać to muszę przynieść certificate, ale o co chodzi dokładnie nie potrafiła wyjaśnić. Wiedziałem, że ma to być certyfikat z uczelni, ale stwierdzający, że jestem studentem czy może, że potrafię mówić po portugalsku, a może jeszcze całkiem co innego – to tego już mi się nie udało ustalić. Pani natomiast zadzwoniła do „kogoś”. Piszę do kogoś, gdyż nie udało mi się rozszyfrować tego tytułu, oprócz słowa, które oznaczało coś takiego jak komisarz. Pewnie chodziło o dziekana:PP. W każdym bądź razie ów „dziekan” stwierdził, że nie mogę się uczyć portugalskiego u nich, jeśli nie znam portugalskiego (sic!). Genialne, brawo, cudownie!! Rewelacja:/. Jakoś na dwóch pozostałych kursach jakoś nikomu nie przeszkadza to, że nie potrafię. W sumie to chyba właśnie po to ten kurs jest, żeby się nauczyć, ale może jestem w błędzie, bo często tak się zdarza:]. Zostałem odprawiony z kwitkiem i pani poradziła, żebym się zapytał w szkole znajdującej się na końcu ulicy. Stwierdziłem, że na jeden dzień wystarczy już wrażeń szczególnie, że już po raz drugi tego dnia przemokłem do samych majtek. Crap:/.

Wróciłem więc do domu, żeby nadrobić zaległości w edukacji kinematograficznej i tak mi upłynął czas do przyjścia reszty towarzystwa. Okazało się, że mi nie kupili biletu, bo nie miałem portugalskiej karty i nie mogli się do mnie dodzwonić, więc musiałem się przejść sam do kasy. W sumie to może i dobrze, że mi nie kupili biletu, bo gdybym miał za niego zapłacić tyle co oni (po 40 euro) to wolałbym już zostać w domu. Na razie nie mam za co szaleć, bo obiecane przez panie z UW 900 euro nie wpłynęło na moje konto, choć „około 2 tyg” minęło parę dni wcześniej:/. Żeby tego było mało nie dostałem karty Visa Electron z „kochanego” mBank’u, co spowodowało odcięcie od źródła gotówki:///. Ech…

Po krótkich pogadankach stwierdziłem, że przejdę się po bilety, bo kasa była do 19, a mecz następnego dnia. Agnieszka i Mateusz męczyli mnie smsami w tej sprawie, więc Mateuszowi odpisałem, a po Agnieszkę zaszedłem o 17:45 w drodze na stadion. Powiedziałem, że idę i mogę jej kupić to co trzeba, ale ona za wszelką cenę chciała iść ze mną i nalegała, żebym poczekał na nią 30 minut, bo właśnie zaczęła robić obiad. Mój wrodzony egoizm został położony na łopatki, ponieważ zdrowy rozsądek mówił, że i tak zdążę. Wszedłem więc do środka i zacząłem oglądać telewizję. Po 5 minutach przyszedł mężczyzna i jak się okazało – był to Nuno, współlokator Agnieszki – świetny chłopak:]. Byłem już strasznie zmęczony tymi cmoknięciami i tym, że mam jeszcze czekać, że nie planowałem jakichkolwiek rozmów. Jednak Nuno potrafił dotknąć odpowiednich strun i zanim się obejrzałem rozmawialiśmy w najlepsze, a z każdą minutą dowiadywałem się o nim więcej. Jest przezabawny;]. Udało mi się na chwilę oderwać od rozmowy i zapytałam Agnieszkę czy idziemy, na co ona odpowiedziała – a minęło już 30 minut? Przyzwyczajony nie sprzeczać się z istotami obdarzonymi wielkim intelektem i wiedzą wszelaką pokornie czekałem dalej. Nagle słyszę – Ty, Lesław, jest za piętnaście 19. Zacisnąłem pięści, aż pobielały kości. Gdybym miał paznokcie, to pewnie bym sobie do krwi wbił w skórę. Przed oczami pojawił mi się obraz grzyba atomowego i nawiedziły mnie czarne myśli, o których już nie pamiętam i nie chcę pamiętać. Nie powiedziałem żadnego niemiłego słowa (wtedy jeszcze nie) i zapytałem tylko czy idziemy mimo to. Idziemy. Ok. Pożegnałem się z Nuno i poszliśmy. Przez całą drogę do momentu, w którym się rozstaliśmy słuchałem, że to nie jej wina, że się spóźnimy, bo ona nie wiedziała, która godzina i takie tam inne wymówki. Najbardziej mnie denerwowało to, że porusza w ogóle ten temat, skoro ja nawet słowem nie wspomniałem o zaistniałej sytuacji, ani nie dałem w żaden sobie znany sposób jej do zrozumienia o tym z czyjej winy nie zdążymy przed zamknięciem kasy. Jednak ona cały czas kontynuowała swoje świergotanie, a wszelkie prośby o zaprzestanie tego działa – spalały na panewce. Moja cierpliwość zna jeszcze jakieś granice i nie wytrzymałem i w paru krótkich słowach ponowiłem moją prośbę, tym razem poprzedzając ją donośniejszym głosem i kilkoma odpowiednimi do sytuacji wyrazami. Przyznaję się bez bicia, że już moja psychika była na wykończeniu i poczułem niestosowną ulgę, kiedy zostałem uwolniony od obecności Agnieszki. To co zrobiłem nie było strasznie niegrzeczne, ponieważ nie obraziłem jej w jakikolwiek sposób słownie, a jedynie jej „delikatną” osobowość. Doszedłem na stadion i oczywiście wszystko było zamknięte, więc kupiłem tylko po drodze w sklepie chleb i poszedłem do domu. No i niespodzianek ciąg dalszy – nie ma nikogo w domu, a ja zapomniałem wziąć ze sobą klucze, bo spodziewałem się, że ktoś będzie:/. Pozostało mi tylko jedyne możliwe i sensowne rozwiązanie – iść do Nuno:]. No i tam przez kolejne 1,5 h rozmawialiśmy o portugalskim totolotku (do wygrania było 96 mln euro:P), o portugalskim policji będącej odpowiednikiem amerykańskiego FBI, o ostatnich zabójstwach na terenie Porto, o imprezach i klubach w porto, o alkoholach, o sporcie i tego typu tematy:]. Później niestety Nuno musiał wyjść, gdyż był umówiony na kolację w pobliskim barze. Nie miałem więc czego tam szukać, więc grzecznie się pożegnałem i dając Agnieszce ostatnią szanse powiedziałem, że następnego dnia o 12 idę po bilety.

W domu na szczęście zastałem uciekinierów, zjedliśmy razem kolację i znowu dane mi było wysłuchać z zainteresowaniem o ich przeżyciach z całego dnia:)). Scenariusz tego dnia był strasznie zbliżony do poniedziałkowego, ponieważ dla mnie przynajmniej zakończył się podobnie – z tą może różnicą, że obejrzałem więcej filmów i poszedłem później spać:]]. W końcu rano mi się nigdzie nie spieszyło:].

(Wtorek 17.10) We wtorek przespałem wszystkich i w ostatnim momencie udało mi się załapać na wspólne śniadanie:)). Zaraz jak skończyliśmy udało mi się tylko umyć zęby i wyruszyłem na stadion w celu zakupienia biletów. Razem z Mateuszem i Radkiem byliśmy umówieni na 12 przy wyjściu z metra tuż obok stadionu FC Porto. Należy wspomnieć, że 4 z 5 tras metra zaczyna się właśnie przy stadionie. Podczas drogi zostałem zaatakowany przez jakąś staruszkę, która przyczepiła mi na koszulce logo FC Porto i gwizdek. Wow, jak miło z jej strony, pomyślałem. Robię zamaszysty krok do przodu, a ona mówi – 2 euro – to ja w śmiech i mówię – nie, dziękuję. A już myślałem, że to jakaś fajna tradycja albo co, a to tylko tradycja wyciągania od ludzi pieniędzy. Gdy się pojawili, udaliśmy się do kasy, gdzie okazało się, że nie ma zniżek studenckich na bilety. Kupiliśmy więc najtańsze z możliwych, czyli po 15 euro. Wzięliśmy w sumie 4. Umówiliśmy się wszyscy o godzinie 18:45 przy naszym sektorze, czyli dokładnie na jedną godzinę przed meczem:)). Chłopcy poszli na wydział spotkać się z wykładowcami, a Agnieszka i ja poszliśmy do domy – każde z nas do własnego:]. Zaprosiłem Mateusza i Radka, żeby wpadli przed meczem do mnie, ponieważ nie byli jeszcze, a moglibyśmy się odpowiednio przygotować:))).

DSCF5688.JPG

W domu nie zastałem nikogo prócz Maszy, więc standardowo zacząłem grać na komputerze, żeby zabić czas i nie myśleć o padającym za oknem deszczu. Wybiła godzina 17 i przyjechali Beata z Robertem z rodzicami, a chwilę później przyszli Radek z Mateuszem. Postanowiliśmy przejść się do sklepu po piwo i pech chciał, żeby akurat w tym momencie przypadło największe oberwanie chmury:D. Nie wpadliśmy na to, że tylko jeden z nas mógł iść i kupić, co w konsekwencji spowodowało, że każdy z nas był mokry od stóp do głowy:]. Gdy wróciliśmy Roberta i pana Dubickiego już nie było, a kobiety szykowały się do wyjścia na zakupy, więc mieliśmy wolną chatę:]]. Szybko wrzuciliśmy piwo do zamrażalki, żeby jak najbardziej zwiększyć prędkość chłodzenia i zaczęliśmy grać w kości i rozmawiać. Chłopaki pochwalili się poniedziałkową obecnością na stadionie Boavisty podczas meczu. Było yo możliwe dzięki przedsiębiorczym koleżankom, które poznały managera klubu i który dał im 10 darmowych wejściówek na mecz. Sam mecz nie był porywającym wydarzeniem – Boavista przegrała 1:0, a najgłośniejsza i najliczniejszą grupę kibiców stanowili Niemcy z Hamburga:P. Tak to mijał nam czas, podczas którego wypiliśmy po 3 piwka Imperial 0,33 l, które wyglądają i smakują, jak oranżada:P. Po jednym wzięliśmy na drogę i z uśmiechem na ustach ruszyliśmy na mecz ok. 19. Zapomniałem wspomnieć, że około 18 napisała do Mateusza Agnieszka z informacją, że spotkamy się na trybunach i żebyśmy na nią nie czekali. Dlatego też poszliśmy sobie dopiero o 19. Kibice zdążający na mecz tworzyli istny potok, który porywał każdego kto ośmielił się przeciąć jego tor:]. Trafiliśmy bez problemu do naszego sektora i okazało się, że miejsca również mamy bardzo dobre – niedaleko od płyty, ale na tyle daleko, że ściana deszczu już nas nie dosięgała:D. Poza tym po naszej prawej stronie znajdował się sektor kibiców przyjezdnych. Na własne oczy zobaczyłem „drugiego Ronaldinho”, jak w Porto określają brazylijskiego 18-latka Andersona, który przeszedł do FC Porto tego lata i z którym wiążę wielkie nadzieję. Zaliczył on asystę przy pierwszej bramce i rzeczywiście bardzo dobrze sobie radził, ale przed przerwą został zmieniony ze względu na jakiś uraz. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:1 i był to najbardziej obfitujący w bramki mecz Ligi Mistrzów tego dnia – zatem udało nam się wybrać bardzo dobry mecz:]. Wyszliśmy wszyscy razem, ale po chwili Agnieszka odłączyła się od nas i jak się później okazało dołączyła do Roberta i taty Beaty. Tak samo było przed meczem – więc jednym słowem zostaliśmy zdradzeni:].

Wieczorem przy wspólnej kolacji, zwyczajem ostatnich dni, dzieliliśmy się wrażeniami mijającego dnia z tą różnicą, że mieliśmy gościa w postaci Agnieszki. Tak więc wysłuchałem drugi raz opowieści, dzięki czemu utrwaliłem sobie bardzo dobrze pewne zdarzenia:)).

(Środa 18.10) W środę ze względu na padający wciąż deszcz nie miałem ochoty na robienie czegokolwiek, dlatego więc grałem i oglądałem filmy, jak jeszcze nigdy do tej pory:]]. Około pierwszej lub drugiej wyszło na chwilę słońce zatem domownicy zaczęli się szykować do wyjazdu na plażę, ponieważ mogła to być jedyna okazja, żeby skorzystać z tych łaskawie danych promieni słońca. Jak się później okazało tata Beaty skusił się nawet na kąpiel w oceanie:].

Gdy nadszedł odpowiedni czas, aby wyjść na kurs zrobiłem to:)). Pojechałem metrem do Casa de Musica, bo stamtąd do szkoły jest najbliżej, a resztę drogi pokonałem pieszo.

Na zajęciach było bardzo miło, mówiliśmy o miejscach zamieszkania i z wnikliwego słuchania odpowiedzi dowiedziałem się, że prawie większość naszych wschodnich sąsiadów mieszka na Matosinhos. Najbardziej się jednak śmiałem kiedy okazało się gdzie mieszka Aneta. Po pierwszych zajęciach bowiem powiedziała, że jest to gdzieś daleko na północy i na pewno nie wiemy, a jak powiedziała na zajęviach to wyszło na jaw, że jest to około 300-400 metrów od naszego domku:)))). Podczas lekcji wyszedł mi też jeden żarcik:). Rozmawialiśmy o tym kto ile ma lat i pani Joana (prowadząca) zapytała mnie ile ona ma lat. Przybrałem więc głupi wyraz twarzy (przyszło mi to nadzwyczaj latwo, ciekawe dlaczego?:D) i wypaliłem – 20?:>. Zrobiło się ogólnie wesoło i nawet dostałem brawa od pani Ludmiry, z którą na pierwszych zajęciach występowałem w „teatrzyku” i chyba mogę powiedzieć, że polubiła mnie z wzajemnością:]]. Przypomina mi taką jedną dziewczynę, bo też ma jeden dołeczek, jak się uśmiecha:]]. W pewnym momencie zaczęła się straszna ulewa i przed oczami pojawił mi się obraz, na których doszczętnie przemoknięty zjawiam się w domu. Na szczęście przed końcem kursu pogoda znowu się zmieniła i ziarenko nadziei zaczęło kiełkować w moim sercu;).

Drogę powrotną odbyłem z Anetą. Poszliśmy na rondo Boavisty (tam jest Casa de Musica) zatrzymując się jeszcze na chwilę w McDonald’s. Zjadłem sobie loda McFlurry z kawałkami brzoskwini – pycha!:]. Na rondzie złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na plac, przy którym kończy się ulica Costa Cabral, na której mieszka Aneta. Zaczęło strasznie padać, ale dzięki Anecie mieliśmy się jak chonić przed deszczem, ponieważ miała parasolkę:]. Odprowadziłem ją pod dom, który jest po drodze do mojego, pożyczyła mi parasolkę i tak zabezpieczony wróciłem do mieszkania:].

Standardowo zastałem tylko Maszę:]. Gdy turyści wrócili zjedliśmy pyszną rybkę, która musiała się moczyć dwa dni w wodzie, żeby odeszła sół, która konserwowała tę rybę:). Przy winku wysłuchałem kolejnych opowieści, dowiedziałem się od pani Dubickiej jak zrobić pyszną surówkę, dodatkowo pani zobowiązała się podesłać mi przepis na pyszny chleb, jak tylko dowiedziała się, że marzy mi się polski chleb:P. W takiej sympatycznej atmosferze siedzieliśmy do późnego wieczora. Ale zanim poszedłem spać zabrałem się za pracę domową z Business Ethics , czyli odpowiadanie na pytania dotyczące case’u McDonald’s.

(Czwartek 19.10) Czwartek był dla mnie wielkim sprawdzianem pod względem odpowiedzialności, ponieważ reszta towarzystwa wybrała się na całodniową wycieczkę samochodową po Portugalii, a mi przypadła opieka nad perełką w postaci Maszy:]. Rano wyprowadziłem na spacer, po południu zrobiłem jedzenie i pobiegałem trochę ze szkrabem:]. Między tymi arcyważnymi czynnościami udało mi się obejrzeć dwa filmy i dokończyć pracę domową i jeszcze opracowałem pytania na bieżące zajęcia:].

Przed 16 wyszedłem na wydział z laptopem pożyczonym od Beatki, a gdy dotarłem do sali o kilka minut za wcześnie na zajęcia poświęciłem ten czas na rozmowę z Carlo i Manuelem:]. Dylemat, który omawialiśmy na zajęciach był całkiem ciekawy i tym razem uniknałem reprymendy prof. Carvalho, która ostatnim razem ochrzciła Mateusza, Radka i mnie mianem „bad boys”, all right!:D. Gdy zajęcia dobiegły końca pani zadała niestosowne pytanie – „czy mają państwo dla mnie jakieś prace domowe?”. Nikt nie miał, a przynajmniej na papierze:]. Przyznam się szczerze, że nie miałem najmniejszej ochoty przepisywać prawie 2 stron w Wordzie na papier, a nie wiem gdzie i za ile mogę to wydrukować, więc przezornie chciałem po zajęciach pani wysłać na maila. Agnieszka zapytała jak duża ma być ta praca i okazało się, że nie mniej niż 1 a nie więcej niż 3 strony. Powiedziałem, że to fajnie, bo akurat mam prawie 2 strony. Na to prof. Carvalho powiedziała – bullshit i że na pewno nie mam tylko tak mówię. Podziałało to na mnie jak „płachta na byka” (copyright by Kaś®) i powiedzialem – „bullshit, we will see”. Odpaliłem laptopa, otworzyłem plik, ruszyłem tak uzbrojony do biurka prowadzącej i dałem jej szansę przekonać się na własne oczy, że kto jak kto, ale ja nie jestem z tych, co bullshit’ują:]]]]. Wyszedłem trochę na „szczura”, a trochę na „wiejskiego głupka” (dzięki Radek:P), ale co tam, nie dam sobie w kaszę dmuchać:].

Po zajęciach zgodnie z obietnicą przesłałem pracę domową, powęszyłem jeszcze trochę po sieci i wróciłem do domu, do Maszy, która na pewno strasznie za mną tęskniła. Gdy przyszedłem nie zauważyłem niczego podejrzeanego. Dopiero jak wrócili podróżnicy i zapytali czy Masza nic nie zniszczyła (powiedziałem, że nie – zgodnie z prawdą, bo nic nie widziałem) i weszli do swojego pokoju to Beata zobaczyła swoje lanserski kozaczki (schowane głęboko pod szafą były) pogryzione dość dobrze przez Maszę – ups:D.

Zrobiłem herbatkę dla wszystkich, zasiedliśmy do jedzenia i słuchałem o pobycie w oceanarium w Lizbonie oraz p innych atrakcjach i miejsach zwiedzonych tego dnia (np. Fatima). Wieczorem starym zwyczajem każdy się rozszedł do siebie do pokoju, a ja z końca dnia zapamiętam tarcie oka w szalonym tempie i grę do 2 w nocy:).

(Piątek 20.10) Tarcie się zemściło, ponieważ pod prawym okiem zobserwowałem jakąś zmianę skórną, która przez następne dni trochę urosła i zmieniła kolor sprawiając, że z daleka wyglądałem jakby mnie ktoś pobił:]. Strasznie mi oko łzawiło i wszyscy wysyłali mnie do okulisty, ale ja dobrze wiedziałem, że jak nie będę już tego dotykać to za kilka dni zejdzie, co oczywiście się stało:]. Jednak w czasie infekcji oko mi łzawiło niemiłosiernie i odczuwałem z tego powodu pewien dyskomfort. Inną rzeczą było jeszcze to, że ludzie odnosili wrażenie, że jestem senny:].

W piątek to zdecydowanie nic ciekawego nie robiłem szczególnie, że nawet nie mogę sobie przypomnieć, co to takiego było. Na pewno byłem na wydziale i na 100% sprawdzałem hattricka, bo przecież w piątki jest trening:]. Resztę dnia przesiedziałem w domu oglądajac filmy i grając na komputerze. Może się wydawać, że nie jest to zajęcie rozwijające, jednak wbrew wszystkiemu jest i to bardzo!;]. Zresztą jest tylko jedna rzecz, która można by robić w deszczowe dni:))).

Wieczorem miałem iść z Carlo do kawiarni, gdzie w znacznej sile spotykają się studenci z Portugalii, Hiszpanii i Włoch, ale oko nie dawało mi spokoju, więc zrezygnowałem i podziękowałem uprzejmie:)). Dzięki temu położyłem się wcześniej dając odpocząć oczom.

(Sobota 21.10) W sobotni ranek pogoda była bardzo ładna, na tyle, że spokojnie można było jechać nad ocean:]. Ja jednak miałem obowiązki w domu, czyli jednym słowem sprzątanie:]. Zrobiłem bardzo ładny porządek w kuchni i umyłem wszystkie podłogi:]. W ramach nagrody spędziłem dwie godziny oglądając film, a przed 16 wyszedłem, żeby zdąrzyć na kurs.

Po godzinnym spacerze dotarłem na miejsce, gdzie zobaczyłem znajome twarze – Roberta, Beaty i jej rodziców. Poopowiadali mi, jak to fajnie było nad wodą i państwo Dubiccy udali się na zwiedzanie ronda Boavista, a my poszliśmy na kurs. Po zajęciach dobiliśmy targu z panią nadzorującą cały ten kurs i kupiliśmy 2 książki i jedną ćwieczeniówkę na naszą trójkę. Pozwoliło nam to zaoszczędzić trochę grosza, a pani była zadowolona, że zapłaciliśmy – chyba jako jedni z pierwszych:].

Wróciliśmy w piątkę samochodem i poprosiłem o wysadzenie mnie niedaleko sklepu, ponieważ skończyło mi się pieczywo, a w niedzielę to jest chyba problem z kupnem:)). Razem ze mną poszli rodzicie Beaty, którzy chcieli coś kupić na pożegnanie, ponieważ następnego dnia z rana wracali do Polski.

Po powrocie wymknąłem się szybko na uniwersytet na internet i jak wróciłem zasiedliśmy do stołu na ostatni wspólny posiłek wieczorny:]. Zjedliśmy najdroższą chyba w historii rybę w Portugalii – jej kilogram normalnie kosztuje 16 euro, ale Beata z Robetem kupili ją w jakiejś promocji, kiedy kosztowała o połowę mniej. I tak na pięć osób wyszło ponad 3 euro na głowę:))). Trzeba jednak przyznać, że warto było, oj warto:]. Następnego dnia bardzo wcześnie był zaplanowany wyjazd na lotnisko (o 8 godzinie), dlatego zanim wszyscy się położyliśmy spać zjedliśmy prezent od rodziców Beaty – przepyszny torcik czekoladowy. Palce lizać!!:].

(Niedziela 22.10) Rano toczyłem ze swoimi słabościami nierówną walkę, ale w końcu udało się wygrać i wstałem, dzięki czemu mogłem podziękować państwu Dubickim za wszystko, co przez ostatni tydzień dla mnie zrobili, a było tego trochę. Zjedliśmy razem wszyscy śniadanko, podczas którego oprócz wspominania wydarzeń namawialiśmy gorąco na kolejny przyjazd rodziców Beatki:)). W międzyczasie dostawałem raporty z hattrickowego meczu, który udało mi się szczęśliwie wygrać 1-0 na wyjeździe z mistrzem ostatniego sezonu:D. Gdy nadeszła odpowiednia pora pożegnałem się rodzicami i życzyłem im przyjemnej podróży.

Po powrocie z lotniska Beata powiedziała mi, że jej rodzice mieli 15 kg nadbagażu:D. Wszystko wrzucili do podręcznego i udało im się w ten sposób uniknąć zostawienia w Porto większości win:].

Betty z Robertem poszli odsypiać cały ciężki tydzień, a ja kontynuowałem naukę filmoznawstwa, a później uczyłem się portugalskiego. Pogoda jak zwykle nie rozpieszczała więc nie miałem wyrzutów sumienia, że marnuję czas. Poczytałem później bardzo ciekawą książkę z zakresu Strategic Management i snem zakończyłem tydzień gościnności w Porto:)).

Artykuły o podobnej tematyce