
Wszyscy dobrze pamiętamy, jak szybko zakończył się ostatni raport, ponieważ jego echa na pewno rozbrzmiewają jeszcze w niejednej głowie;). W związku z tym, a może i przede wszystkim dlatego, że każdy odcinek będzie śledzony bacznie przez co najmniej 47 oczu (jedna osoba spieszyła donieść, że przysypiała, a nie da się wykluczyć, że było ich więcej, dlatego jest bardziej niż prawdopodobne, że podana liczba powinna być nieparzysta;). Nie wspomniałem też o osobach czytających te raporty z przymrużeniem oka:)) jest rzeczą bardziej niż priorytetową by kontynuować zaczęte już dzieło. Oczywiście nic nie stoi (na razie, jako że nie ma jeszcze zajęć) na przeszkodzie, żeby tak było, więc zabieram się do pracy:)))).
(Sobota 16.09) Sobota przebiegała na sprzątaniu i doprowadzaniu domu do stanu używalności. Nie są to czynności przyjemne dla wielu osób, dlatego pozwólcie, że je pominę, a ci bardziej zainteresowani szczegółami mogą zgłosić taką potrzebę i zapewne zostaną oni wysłuchani;].
Nad ocean w końcu nie pojechaliśmy, w sumie sam nie wiem dlaczego i nie pamiętam co takiego robiliśmy, ale wydaje mi się, że dość długo zeszło nam na sprzątaniu, odpoczywaniu i osłuchiwaniu się z portugalskim. Wieczorem o 21 zdzwoniliśmy się z Nuno i umówiliśmy się, że będzie na nas czekać niedaleko tego koncertu, ponieważ jak to nazwał będzie „piwo party”;). Na szczęście impreza była pod gołym niebem w jakimś parku niedaleko oceanu, dzięki czemu Masza mogła również korzystać ze świeżego powietrza, co akurat starała się wykorzystać, co sprawiało, że ludzie generalnie starali się nie rzucać w oczy nie chcąc ryzykować zaatakowania przez dużą rakietę o imieniu Masza:)). Zespół, który grał nazywał się Expensive Soul i wydaje mi się, że był to zespół hip-hopowy, a takie przynajmniej odniosłem wrażenie zarówno po ich strojach, jak i muzyce:P. W każdym bądź razie całkiem mi przypadł do gustu:)).
Namierzaliśmy się z Nuno smsowo, ponieważ był straszny hałas i nie dało się nawet usłyszeć, co mówi osoba stojąca obok:)). Poza tym pojawiło się tam strasznie dużo ludzi, strasznie:P. Dzięki temu, że byli to zarówno młodzi, jak i starzy ludzie miałem dobry punkt obserwacyjny i mogę się teraz trochę wypowiedzieć o Portugalkach i Portugalczykach. Portugalki to w większości brunetki nie za wysokie, ubierające się tak jak im pasuje akurat, ale tak, żeby nie odbiegać od ich metroseksualnych partnerów:P. No właśnie, jeśli chodzi o Portugalczyków to jeśli ktoś chciałbym się trochę „polansować” to tam znajdzie świetne źródło do badań i obserwacji. Ci ludzie w większości ubierają się tak, żeby szokować, bardzo modne są u nich kolczyki, tenisówki, bluzki w paski i bujna czupryna, którą akurat niemalże każdy posiada:]. Nuno mi powiedział, że bardzo mu się podobają słowiańskie kobiety, szczególnie blondynki i jak będzie jakaś impreza erazmusowa to mam mu dać znać:P. Teraz już wiecie dziewczyny, gdzie szukać przyszłego męża:P.
Trochę odbiegłem od głównego tematu, więc robię nawrót i wracam do punktu, w którym namierzaliśmy się z Nuno. Wysłałem mu smsa, że stoimy niedaleko budek z piwem i pop cornem i niech szuka 1 kobiety i 2 facetów z czego jeden jest z psem. No i jakoś się udało!! Wreszcie poznałem brata mojego przyjaciela i jego dziewczyną w bonusie:]. Co prawda do tej pory nie wiem jak ma na imię, bo nie usłyszałem, ale może się to nadrobi później:]. Nuno powiedział nam jak i gdzie kupić piwo, więc się skusiłem:P. Cena w sumie normalna na takich imprezach, ale wszystkiego trzeba spróbować i zobaczyć, jak to jest – w niedzielę dowiedzieliśmy się o tym aż za dobrze:D. No więc 1 euro za 0,25 to w sumie nie najgorzej. Nazwy piwa nie pamiętam, ale pewnie gdzieś na fotkach znajdziecie taki sterowiec czerwony z jego nazwą:)). W każdym bądź razie jest to – second best beer in Portugal, zaraz po Super Bock’u o czym dowiedziałem się już oczywiście pierwszego dnia, podczas zwiedzania z Andre Lizbony. Co śmieszne, chyba Portugalczycy bardziej wolą pić kawę niż piwo. Na przykład Andre nie pije alkoholu w ogóle, ale dla odmiany jest maniakiem kawy – przez co zresztą były problemy na lotnisku:D. Jak czasem rano przechodzę koło kawiarenek to często widzę dobrze ubranych mężczyzn zajmujących cały stolik czytając poranną gazetę i popijają ją kawą z filiżanki wielkości naparstka:D.
Potem się rozdzieliliśmy i razem z Beatą, Robertem i Maszą poszliśmy się przejść. Doszliśmy do bardzo fajnego podświetlanego jeziorka i przez kilka chwil myśleliśmy, że całe jest ono sztuczne, ponieważ widzieliśmy tam jakieś kaczki czy tez inne wodne ptaki, ale się nie ruszały wcale, a wcale. Po pewnym czasie jednak udało się dostrzec jakiś niewielki ruch, który był pewnie następstwem tego, że Masza wskoczyła do wody przy brzegu:))). Wszystko to bardzo ładnie wyglądało i pobyliśmy tam przez dłuższą chwilę. Następnie Beata zgłodniała i poszliśmy na jakiegoś hot doga i normalnie w jednej z budek był na wystawie usmażony pies. Fuj!:D. W czasie kiedy oni stali w kolejce, a potem kupowali i jedli, ja bawiłem się z Maszą i tutaj pora na kolejne spostrzeżenie. Jeśli wychodzi się z psem na spacer to można być pewnym, że zostanie się przez kogoś zaczepionym. Nie wiem czy jest to jedno z praw Murphy’ego czy też nie, w każdym bądź razie jest to dobry sposób dla nieśmiałych na poznanie nowych osób:P. Poszwędaliśmy się jeszcze trochę po okolicy, na estradzie pojawił się nowy zespół – odpowiednik naszych Czerwonych Gitar, jakaś ekipa z lat 80-tych – i zaczął śpiewać piosenkę o ambitnym tytule „Taxi” więc stwierdziliśmy, że pora już na nas;).
I tak się skończyła sobota:)).
(Niedziela 17.09) W niedzielę wyjątkowo dobrze się nam spało i wstaliśmy jakoś ok. 11, co było przekreśleniem programy treningowego (nadrobiłem wieczorem:P). Teraz już sobie tak nie folgujemy:P. Gremialnie podjęliśmy decyzję, że udamy się wreszcie nad ocean, ale pogoda nie zachęcała szczególnie do takiego wypadu – od samego rana padał ni to deszcz, ni to mżawka. Wyglądało to bardziej, jakby ktoś umiejscowił pod chmurami sitko o średnicy oczek ø 1 mm. No ale koło południa zaczęło się przejaśniać więc pojechaliśmy. Nie pamiętam czy wspominałem, ale Portugalczycy to wariaci drogowi. Normalnie za takich to miałem warszawiaków, ale to co obserwuję na ulicach to przechodzi moje wyobrażenie. Przejeżdżają na czerwonym świetle, nie sygnalizują skrętów, nie ma taryfy ulgowej dla obcokrajowców, trąbią jak szaleni, nie patrzą gdzie jadą (jeden koleś o mało co nam pod maskę nie wjechał, a jak się odwróciłem, żeby zobaczyć jak zareagował to zobaczyłem, jak spokojnie patrzy na swojego towarzysza i z nim rozmawia :O), nie wpuszczają jak ktoś chce zmienić pas. Generalnie dla kogoś o słabych nerwach lub kiepskiej pewności siebie taka jazda może być prawdziwą udręką. Jedynym sposobem na parkowanie samochodu jest „koperta”, więc można ją opanować do perfekcji. Widzieliśmy 2 samochody tak zaparkowane między, że trzeba by wyciąć pewnie drzewo z przodu albo z tyłu, żeby któryś z nich wyjechał:P. . Zastanawiam się jak radzą sobie tam kobiety siedzące za kierownicą:>. W końcu są przecież 3 rzeczy, na które można patrzyć bez końca: na wodę, na ogień i na parkującą kobietę. Zacznę ze sobą chyba nosić przenośny stołek:P.
No więc dojechaliśmy nad ocean, ubrani trochę za ciepło, bo już wtedy zdarzyło wyjść słońce. Zaparkowaliśmy, a jak się szczęśliwie okazało niedziele na parkingach są darmowe:]. Wyszliśmy na plażę, która miała szerokość ok. 200 metrów, nieźle:)). Nie zauważyliśmy wielkiej białej tablicy z przekreślonym psem jak wchodziliśmy, ale na szczęście nikt się nie przyczepił, tylko oczywiście ludzie się bali, bo Masza kocha się bawić i biegała wokół wszystkich. Mogłem podpatrzyć wzorce dobrego i bohaterskiego zachowania u mężczyzn, kiedy nie zważając na własne rany całym ciałem odgradzali swoją mulher od drapieżnej bestyi:P. Widziałem, zapamiętałem i jest szansa, że zapomnę, tfu, że NIE zapomnę;).
Ocean szalał, a korzystali z tego surferzy. Była ich tam cała masa. Chyba z 5 szkół miało w tym czasie zajęcia, a dodatkowo jacyś indywidualiści próbowali swoich sił:))). Beata z Robertem zachwyceni tym co zobaczyli poszli zasięgnąć wieści ile taka przyjemność kosztuje, no i się dowiedzieli – 80 euro za 7 lekcji, sprzęt się dostaje (pianka, deska, nie wiem co więcej:))). Masza był zachwycona surferami i biegała cały czas koło nich, ale większość kobiet robiłaby to na jej miejscu więc wcale się jej nie dziwię:].
Na plaży było boisko do piłki nożnej i siatkowej i zaczynam coraz bardziej żałować, że nie wyrzuciłem majtek, a nie wziąłem piłki i pompki;))))). Chętnie bym sobie pograł w piłkę, ale na razie nie ma z kim, choć boisko mam 1 minutę od domu. Nawet stadion tam budują!!!!:]. Gdzie u nas dla jakiegoś osiedlowego klubu wybudują stadion z 4 wieżami oświetleniowymi. Pamiętam jak kiedyś Polonia Warszawa nie spełniała wymogów 1 ligowego zespołu, bo nie miała właśnie oświetlenia (sic!). Mniejsza z tym.
No i po godzinie patrzenia na zmagania surferów i surferek doszliśmy, że trzeba gdzieś się przejść jeszcze, więc udaliśmy się w kierunku Matosinhos, czyli dzielnicy portowej, gdzie codziennie można dostać świeżutką rybę:))). Znajduje się na niej wiele restauracji, przed którymi stoi wielki grill i tam na świeżym powietrzu przyrządzane są wszystkie rybki i inne owoce morza;). Wszyscy już solidnie zgłodnieliśmy więc postanowiliśmy, że trzeba wypróbować tutejszą kuchnię morską i wybraliśmy na chybił-trafił Cafe O Leme albo coś w ten deseń. Zapomniałem wspomnieć, że po śniadaniu mieliśmy małe ukulturalnianie dzięki książkowym przewodnikom i dowiedzieliśmy się, że tradycyjną potrawą Portugalską jest bacalau, która przyrządzana jest w 356 odmianach:)))). No więc Beata zamówiła sobie właśnie to, Robert jakieś kałamarnice, a ja coś taniego czego nazwy nie znałem (ciiii:P), czyli a już nie pamiętam:P. Przyszedł kelner i pyta się czy chcemy wino, to Robert mówi – „no, water”, a kelner „a water” i później zapytał (jak się potem okazało) czy biała czy czerwona ta water:].No i przyniósł nam butelkę wina czerwonego za 9,5 euro :O. Myślałem, że spadnę z krzesełka:D. To jeszcze nic. Przynieśli jedzenie. Robert dostał z 6-7 tych kałamarnic (wielkość ok. 15 cm) + ziemniaki, za którymi akurat nie przepada, potem Beata – 3 dorsze w sosie w wielkiej misce + ziemniaki:P, a ja stek z jajkiem sadzonym na nim i frytki dookoła. Pycha!!:D. Wygrałem, wtedy:P. Szczególnie, że Beata (udało się jej zjeść 1 dorsza, drugiego zjedliśmy z Robertem na spółkę) zapłaciła 18 euro!!, a Robert 11. Ciekawe doświadczenie:PPP. W sumie rachunek wyszedł 50 euro. Dało to trochę do myślenia:P. Wróciliśmy do domu około 18 i chyba potem już nic ciekawego nie robiliśmy poza obijaniem się i ćwiczeniami:P.
(Poniedziałek 18.09) Na poniedziałkowy poranek umówiłem się z Nuno, żeby wreszcie pozałatwiać sprawy z bankiem i telefonem. Stacja Trindade (miejsce przecięcia się wszystkich linii metra – jest ich 5 w sumie), godzina 11, koło cafe – o tym akurat zapomniałem:P.
Do metra wszedłem akurat w sam raz, żeby zdążyć i nawet czułem, że może mi się uda jakoś bilet kupić pomimo tego, że ostatnim razem robił to za mnie nieznajomy i nie udało mi się dokładnie zapamiętać jak i co naciskał:]. Tym bardziej byłem pełen nadziei kiedy okazało się, że maszyna posiada magiczny przycisk, nad którym widniała flaga Wlk. Brytanii. Wtedy wiedziałem, że musi pójść jak z płatka, ale…nie poszło:P. Podeszła jakaś kobieta i użyłem mojego płynnego portugalskiego, aby jej zapytać czy rozumie po angielsku i umiała:)). Starała mi się pomóc, a gdy się to nie udawało, sprawdziła czy ona może kupić bilet i też nie mogła (chyba w sumie powiedziała mi, że pierwszy raz jedzie:P). Obok robotnicy naprawiali schody ruchome (to jest chyba nieodłączny obrazek w metrze – zawsze na którejś stacji naprawiają schody ruchome:P) i kobieta zapytała się ich o co chodzi i oni jej powiedzieli, że maszyna jest popsuta, więc poszliśmy do innej. W międzyczasie podeszła jakaś dziewczyna, która wyrwała się do odpowiedzi na moje pytanie zadanie tej kobiecie i tym samym się zdradziła, że zna angielski. Nie było już dla niej ratunku, wiedziałem to od tamtego momentu (ha ha ha - evil laugh:P). No i we 3 udaliśmy się do rzekomo sprawnej maszyny i najpierw kupiła kobieta, potem przepuściłem dziewczynę (chciałem sam się pozmagać z biletem) i nadeszła moja kolej. Wkładam bilet, naciskam co trzeba i error! Shit! Na szczęście nie odeszła jeszcze daleko, więc widziała moją nierówną walkę i jakieś głosy na pewno powiedziały jej (a może to moje błagalne spojrzenie), że potrzebuję pomocy:P. No i ona też nie mogła nic zrobić (ha ha ha – nie jest ze mną tak źle:P). Nagle patrzę, a ona wyciąga portfel i wręcza mi tę kartę, na którą się nagrywa bilety. A ja eeeeee,yyyyyy, thanks. Kupiła mi bilet, zapłaciłem za niego i pytam się ile muszę jej oddać za tę kartę, a ona – że jej mama jak przyjeżdżają do niej znajomi to przychodzi i mówi, że kupiła im karty do metra i wyjmuje tak z 30 kart:P. No i w sumie ta jedna jej jakoś szczególnie nie będzie ciążyć na budżecie:P. Chyba sobie przetłumaczę i napiszę na kartce – „nie rozmawiam z nikim i nie pozwalam sobie kupować biletu, jeśli nie dostanę najpierw karty”:P. No ładnie z jej strony, nie ma co:))). Nie wiedziałem, jak się odwdzięczyć więc stwierdziłem, że porozmawiam z nią trochę, szczególnie, że okazało się iż zmierzamy w tę samą stronę:))). Okazało się, że ma 16 lat, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo dawałem jej min. 20:]. Może lepiej dla niej. Wyciągnąłem od niej kluczowe informacje, szczególnie o systemie edukacyjnym w Portugalii. Obecnie jest 10 klasie i ma jeszcze 2 lata przed sobą na kierunku – rachunkowość, co było dla niej ciężkie do wytłumaczenia, ale razem daliśmy radę. Okazało się, że 3 lata jest taka szkoła średnia jak u nas 10,11 i 12 klasa:)). To wiadomość dla chętnych, na 6:]. Później porozmawialiśmy o tym, jak mi się podoba tutaj, w szczególności miasto i ludzie. No więc, nie koloryzując bardzo stwierdziłem, że wszyscy ludzie, których jak dotąd poznałem w Porto byli dla mnie bardzo mili i darzę ich ogromnym szacunkiem i mi się podoba wszystko na razie:P. Trochę się zagadaliśmy więc w ostatniej chwili udało mi się wstać i wyjść. Uścisnąłem jej prawicę, podziękowałem i życzyłem miłego dnia – ktoś w końcu musi robić dobry PR Polakom za granicą, najlepiej zacząć od siebie:].
Przez kilka minut błądziłem po metrze, a to tylko dlatego, że zapomniałem gdzie się umówiliśmy z Nuno. Na szczęście w końcu go znalazłem i poszliśmy załatwiać sprawy – na początek bank – Caixa Geral de Deposito – według Andre najsolidniejszy bank w Portugalii. Wierzę mu. Jest jeszcze kilka banków, ale tylko jeden trochę nietypowy – Banco Espirito Santo, co na pierwszy rzut oka skojarzyło mi się z bankiem duch świętego:)). Okazało się, że Espirito Santo to nazwa rodziny, która założyła ten bank:)). Bałem się, że może Ojciec Dyrektor usłyszawszy o tym będzie chciał założyć swój własny bank;))).
No i bank postawił wysoko poprzeczkę. Paszport (mam), portugalski NIP (nope), zaświadczenie o zameldowaniu (nope – umowa tylko „na gębę”) i jeszcze coś tam, mam zapisane wszystko. Poszliśmy zatem kupić starter do Vodafone’a, który razem z TMN’em i Optimus’em wypełnia całą podaż na rynku sieci komórkowych. Vodafone jest najlepszy więc zainwestowałem 15 euro w starter i doładowanie, dzięki czemu dostałem 5 euro w bonusie;)
Następnie udaliśmy się po NIP, no i tam potrzebny był mi paszport i dokładny adres zamieszkania, a z nim jest chyba najwięcej problemów. Mój adres to Colonia Doutor Manuel Laranjeira No 50, 4200-000 Porto. Możecie śmiało pisać:P. Problem z tym, że tej ulicy nie ma na mapie i mało kto o niej słyszał. Jest natomiast Rua Doutor Manuel Laranjeira, która jest 100 m dalej. No i pani powiedziała, że to będzie bardzo, źle jak ktoś dostanie moją kartę i będzie się nią posługiwał, więc niech wrócę jak będę pewien w 100% ;/.
No więc początku dnia do udanych nie można było zaliczyć, ale nic to, wszystko powoli, małymi kroczkami:)). Poszliśmy do miejsca, gdzie strasznie dużo studentów wieczorami chodzi na spotkania i Nuno zamówił kawę, a ja w sumie nie wiedziałem co, bo ani nie byłem głodny, ani szczególnie spragniony. Chciałem kupić coś z deserów najtańszego 1,30 euro, ale dzięki Nuno nie kupiłem, bo powiedział mi, że to jest tylko jeden owoc, na pewno jabłko, więc trochę drogo. Chwała mu za to:)). W zamian stwierdziłem, że kupię sobie tradycyjną zupkę portugalską – coś na kształt naszego krupniku, ale więcej zieleniny tam jest – zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest tam niemal sama zielenina:))). Po kilka minutach przyszła dziewczyna Nuno i mieliśmy w planie zwiedzić kościół, z którego jest ładny widok na Porto, ale miał przerwę w tym czasie niestety. Nie wyglądał jakoś na bardzo wysoki – moi przyjaciele nie wiedzieli ile ma schodów:)). Jak im powiedziałem, że w Gdańsku jest katedra co ma 410 schodków na sam szczyt to trochę im miny zrzedły, ha ha ha, to taka moja prywatna zemsta, za to, że Nuno się śmiał z polskiej reprezentacji;P. Odprowadzili mnie na stację metra, przejechali 2 przystanki, pożegnali się i wysiedli:))). O, zapomniałbym:]. Zapytałem Nuno o bilet miesięczny, bo chciałbym więcej podróżować metrem i zwiedzać miasto, ale u mojemu zaskoczeniu powiedział, że jak kupię bilet teraz to będę mieć tylko do końca miesiąc, a i tak będę musiał zapłacić 20 euro:O. Totalna głupota dla mnie nazywać bilet miesięcznym i mieć takie warunki. Dobrze, że mi powiedział, bo już chciałem kupować;). Nieznajomość języka strasznie utrudnia życie w kraju:))).
Ach, nie wiem czy wspominałem, ale mieszkam 100 metrów od metra, więc mam super po prostu:)).
R&B pojechali nad ocean jak się okazało, więc miałem 2 h wolnego. Pożyczyłem więc od nich komputer i udałem się na uniwersytet sprawdzić co słychać w świecie – Petrescu zwolniony, nareszcie:P. Później wróciłem i pouczyłem się trochę portugalskiego, dodatkowo poszukałem na mapie gdzie znajdują się miejsca, które podała mi pani z ambasady, a w których uczą portugalskiego za darmo. Znalazłem 3 miejsca w Porto, w sumie całkiem niedaleko i chyba w najbliższych dniach odwiedzimy je albo zadzwonimy do nich. Zrobiłem sobie ziemniaki smażone, ale nie mam rozmarynu, więc były takie sobie;)
Generalnie piję samą wodę z cytryną i cukrem – najlepsze co może być. W końcu ma się 30 l wody w zapasie:P. Jem dużo owoców – pomarańcze, melony, arbuzy, gruszki, jabłka, banany, ponieważ ceny tutaj są bardziej niż przystępne. Za 1 kg bananów płaci się 2,5 zł, a taką cenę to chyba widziałem raz w życiu i to w TESCO;).
(Wtorek 19.09) )Wtorek stał pod znakiem załatwiania spraw na uczelni. Jako że jestem dłużny paniom za Krakowskim Przedmieściu zaświadczenie, że naprawdę studiuję w Portugalii, więc nie pozostało mi nic innego jak upomnieć się o takie zaświadczenie. Zrobiłem to już w piątek, ale pani poprosiła, żebym przyszedł właśnie we wtorek na 11 i udał się do doktor Elsy. No więc zabrałem Beatę i poszliśmy:))). Wypełniliśmy kwestionariusz, daliśmy zdjęcia i dowiedzieliśmy się, że dopiero w piątek otrzymamy karty studenta, a do tego login i hasło do komputerów uniwersyteckich. Dobry i piątek:]. Zapytaliśmy się od razu gdzie możemy dostać informacje o przedmiotach i ich zaliczaniu. Panie poinformowały nas, że najlepiej będzie jak porozmawiamy z prof. Carvalho i ona nam powie kogo najlepiej będzie jak wybierzemy. Następnie jak dokonamy wyboru to powinniśmy udać się do sekretariatu, zarejestrować się na te przedmioty, a następnie dobrze będzie jak przedstawimy się wykładowcom i porozmawiamy z nimi na temat zaliczenia. Akurat dla mnie to jest bez sensu, bo najpierw wolałbym z nimi wszystkimi porozmawiać, a potem sam sobie ich wybrać i zarejestrować, dzięki temu przynajmniej będę świadomy w co się pakuję. Beata węszy jakąś nieczystą zagrywkę ze strony prof. Carvalho, więc wolałbym akurat, żeby ona nam nic nie doradzała, bo jak będzie to wyglądać, jak w przypadku mieszkania, to ja raczej podziękuję:)))).
No to na uczelni tyle, jak na razie. W planach dnia mieliśmy jeszcze zaatakowanie wzmożonymi siłami urzędu, który jest odpowiedzialny za nadawanie portugalskich „fiscal numbers”. Pojechaliśmy samochodem, co w było najlepszym wyjściem, jednak znalezienie miejsca do zaparkowania naprawdę graniczy tam z cudem. Nie upadliśmy jeszcze tak nisko, żeby zabierać inwalidom miejsca do parkowania, jak to robią Portugalczycy, więc się zdecydowaliśmy na parking płatny:/. Należy wspomnieć gwoli przypomnienia, że dzień wcześniej udało nam się wyciągnąć dokładny adres od naszej kobiety, który został napisany już wcześniej. Uzbrojeni we wszystko, co było potrzebne wzięliśmy z Robertem numerki i ustawiliśmy się w kolejce. Kiedy nadeszła nasza kolej wszystko potoczyło się bardzo sprawnie i przyjemnie. Pani rozumiała trochę po angielsku, a ja trochę po portugalsku, więc może wspólnego języka do końca nie znaleźliśmy, ale udało nam się porozumieć:)). Dostałem numer!, ale musiałem jeszcze iść zapłacić 6 euro za całe postępowanie, więc tak też zrobiłem. Znowu trafiłem do kobiety, której ładnie powiedziałem boa tarde (po polsku to tak jakby – dobre popołudnie) i dałem jej papiery. Zaczęła coś do mnie mówić, no i powiedziałem, że nie rozumiem i już miałem pytać czy umie po angielsku, kiedy ona sama chyba zapytała, tylko ja nie zrozumiałem:D. Ale potem przeszliśmy już na angielski więc nie było problemów. Po załatwieniu spraw ładnie się uśmiechnąłem, podziękowałem gorąco i życzyłem miłego dnia. Czekało mnie nie mniej miłe pożegnanie;). Mogę teraz z całą pewnością i bez odrobiny skromności powiedzieć, że panie urzędniczki mnie uwielbiają już:]]]]. A tak naprawdę to powinni naszych urzędników wysyłać na praktyki do Portugalii albo najlepiej jak powstanie wymiana urzędników – jednorazowa i bezpowrotna:]]. Beata i Robert też załatwili sobie numery więc generalnie dzień można było uznać za udany:)).
Wieczór zajęły nam zakupy i ćwiczenia, ot nic więcej. Oj, zapomniałbym, jak to nic więcej?:>. Po ćwiczeniach i prysznicu pojechaliśmy z Robertem na uniwerek, co by trochę ponetowac. No więc, jak szliśmy to zaczepiło nas dwóch ochroniarzy i pewnie się pytali kto my i czego chcemy, ale nic nie zrozumieliśmy Ja standardowo wyskoczyłem z „nao entendo” ale dołożyłem jeszcze parę słów:P – estudentos de Polonia i magiczne słowo erazmus:P. No i oni pokiwali głowami pokazali kciuki i ruszyliśmy:))). Przeszliśmy 10 kroków i słyszymy krzyk „POLONIA!!!” zawracamy i jeden z ochroniarzy przemówił w naszym ojczystym języku tymi oto słowami – „kurwa ja pierdolę!!!”, wstał podszedł do nas i powiedział „dziękuję, dziękuję” i podał nam rękę uśmiechając się od ucha do ucha:]]]. No po prostu myślałem, że zejdę ze śmiechu – poprawił mi humor na najbliższe 3 godziny, dlatego wykorzystałem ten okres, żeby coś więcej napisać:P.
(Środa 20.09) Środa zaczęła się leniwie, a mnie zawiódł mój szósty zmysł domyśliciela i straciłem szansę na pierwszą od dawien dawna rozmowę z Ukochaną:/. Nie miałem ochoty iść już zatem do banku i tylko słuchałem muzyki leżąc na łóżku od czasu do czasu lizany po twarzy przez Maszę:]. Beata z Robertem wybierali się na plażę, więc załapałem się na przejażdżkę. Na plaży byliśmy 4 h, spaliłem się troszkę, ale mogłem też porobić trochę zdjęć, pozbierać kamyczki i muszelki:P, no i poczytać. Generalnie było bardzo fajnie z tym drobnym wyjątkiem, że plaża była pokryta nie piaskiem, a drobnymi kamyczkami:PP.
Powrót do domu, obiad obfity, odpoczynek i portugalski. Tak właśnie minął środowy, najbardziej leniwy dzień ze wszystkich, jak dotąd:]]]. Nuno pisał, że możemy się na środę umówić, ale napisałem, że mi nie pasuje, ale chętnie zobaczę się z nim w czwartek. Nie odpisał, więc zobaczymy co los przyniesie:P.


