Złe miłego początki

Opowieści z wyjazdu na stypendium Sokrates Erasmus

Kłaniam się serdecznie!!!:).

Tekst, który właśnie śledzą Twoje oczy jest początkiem wielkiej powieści o poczynaniach śmiałka Lesława na dalekim zachodzie Półwyspu Iberyjskiego. Nie będzie to nic na kształt „Opowieści z Narnii” albo Harry’ego Pottera, ale radzę przywdziać ciepłe bambosze, włożyć okulary (dla tych co potrzebują), wziąć popcorn i coś do picia, ponieważ historie, na które tutaj trafisz z pewnością sprawią, że zaschnie Ci, drogi czytelniku, w ustach, a na twarzy pojawią się stosowne wypieki:))

Przed wylotem

(Środa 13.09) Samolot został zamówiony na środę, na 14:25 na lotnisko Okęcie. Wybór padł na linie Swiss Air Lines, bo one oferowały korzystne w danym momencie połączenie. Do pomocy miałem wiernego kompana Macieja K. (nazwiska nie ujawniam, ponieważ zbytnia popularność mogłaby źle wpłynąć na poczynania tego młodzieńca w przyszłości:))), który w pewnych kręgach jest dość dobrze znany, a pozostałych od tego momentu będzie znany jako człowiek o wielkim złotym sercu, o wielkiej pomocnej dłoni i pewnie jeszcze o wielu innych wielkich przymiotach;). Tak zaopatrzony ruszyłem śmiało na spotkanie z nieznanym.

Pierwsza przeszkoda pojawiła się dość szybko, a dokładnie wtedy, gdy trzeba było zważyć bagaże. Limit 20 kg został przekroczony delikatnie o 2 kg, ale to nie był problem, gorzej znacznie było z bagażem podręcznym, który miał limit do 8 kg, a ważył w sumie dobre 13:D. Pani kazała się przepakować lub zostawić część rzeczy o czym ja nie chciałem słyszeć. Nie było mowy o wyrzucaniu czegokolwiek, bo wziąłem naprawdę wszystko, co było mi potrzebne – do tej pory przeżywam, że zostawiłem w domu piłkę do gry:). Tłumaczenia, że jadę na studia i to jest teraz mój cały dom i dobytek - na nic się nie zdały, nawet psu na budę, cokolwiek by to miało znaczyć:P. No więc Maciek zaczął zagadywać panią i radzić co wyrzucić, a ja desperacko starałem się pozbyć zbędnych kilogramów. W pewnym momencie pani do nas przemówiła ludzkim głosem (wreszcie!!:)) i powiedziała, że jak taki pan nie będzie patrzyć, to ona mnie przepuści. I tak też zrobiła. Uffff:].

Następnie pozostało udać się na odprawę i tam już musiałem radzić sobie sam, więc przełamaliśmy się z Maćkiem tabliczką kasztankowej czekolady firmy Wawel (polecam, najlepsza czekolada:]) i ruszyłem. Okazało się, że samolot był opóźniony o 10 minut, ale nie było mowy o tragedii:). Po przejściu przez bramkę zostałem poproszony o wyjęcie rzeczy z bagażu podręcznego, ponieważ rentgen wykazał niebezpieczne przedmioty w mojej torbie. No i prawie wyszedłem na zamachowca, jak znaleźli w moim piórniku żyletkę i nożyczki. Zostałem więc uwolniony o 60 g i mogłem spokojnie czekać na samolot. Ostatnie telefony, ostatnie smsy, podjazd autobusem pod samolot, zajmowanie miejsc, słuchanie instrukcji i wreszcie…

…Odlot

Nie ma co ukrywać, że podobała mi się ta część podróży i było to całkiem przyjemne uczucie. Muszę się przyznać, że nigdy wcześniej nie leciałem samolotem i jeśli o coś się martwiłem to na pewno sam lot nie leżał w obrębie moich zmartwień;). Okej, przyznaję się, że zastanawiałem się czy jeśli nastąpiłby wybuch, któregoś z 2 silników, koło których siedziałem, to czy by mi się coś stało. Na pewno nie:P. Lot trwał około 1,5 h i widoki były piękne. Szczególnie nad Szwajcarią, gdzie wszystko było wręcz idealne, choć polskie pola też wyglądały cudownie:)). Zacząłem się zastanawiać czy nie wybrałem złej drogi życiowej:). Bycie pilotem musi być wspaniałe:]. Może za rok uda mi się namówić brata na kurs szybowcowy (tak, tak Jasiek, najpierw hattrick, teraz szybowce:p).

W czasie lotu poczęstowano nas lodami truskawkowymi Movenpick i czymś do picia. W sumie to zostałem mile zaskoczony:).

Lądowanie nie było wcale takie strasznie, nie rzucało bardzo, ale fajnie było obserwować ludzi w czasie startu i lądowania – zaciskane ręce na fotelach, zamknięte oczy, wstrzymany oddech itp.:)

Nastąpiło więc lądowanie na na lotnisku w Zurichu. Pani stewardessa, która była Polką poinformowała pasażerów do jakich bram mają się udać, żeby trafić na swój lot. Mi przypadła w udziale Gate 83. Przylecieliśmy o 17:10, a ja cały czas myślałem, że mam tylko 45 minut na złapanie samolotu do Lizbony. Pomyliłem się na szczęście, bo miałem 2 h 45 minut, ale za to na kurs powrotny będę mieć to zabójcze 45 minut:)))).

No to poczekałem sobie trochę, nawet nie chciało mi się szczególnie zwiedzać tego lotniska, więc tylko poczytałem sobie książkę i pośmiałem się z Hiszpana z obsługi, który przy użyciu linki udawał, że chce złowić mój portfel na wędkę.

Gdy zaczęła się zbliżać 18:15, czyli godzina przed ustalonym odlotem do Lizbony wyruszyłem na poszukiwania Gate 83. Gdy już się tam dostałem, znów się okazało, że samolot jest opóźniony i tym razem czekaliśmy do 19:40. Będąc jeszcze na pokładzie wcześniejszego samolotu zastanawiałem się ilu Polaków leci tam gdzie ja i okazało się, że była jeszcze 4 rodaków:)).

Przez kilka chwil przed odlotem nie wiedziałem za bardzo co zrobić, jako że miałem bilet elektroniczny, a tym samym brakowało mi jakiegoś materialnego potwierdzenia faktu, że mogę lecieć tym lotem. Postanowiłem zapytać chłopaka, który obsługiwał bramę 83, no i on już się wszystkim zajął, wydrukował mi bilet i wszystko było ok. Wszystko, co musiałem zrobić to pokazać mu tylko mój paszport. Bardzo miły człowiek:)))).

Okazało się niestety, że tym razem nie dostałem miejsca przy oknie, ale przy przejściu, więc nie dało się, aż tak dobrze, podziwiać pięknych świateł miast widzianych wieczorną i nocną porą. Starałem się zaglądać kobiecie siedzącej obok mnie przez ramię, ale nie był to dobry sposób na obserwację:)).

Na pokładzie samolotu TAP zostałem jeszcze milej zaskoczony, bo dostaliśmy zapiekankę z serem i pieczarkami, małego batonika Mars i ciastko, a do tego oczywiście jeszcze coś do picia. (Mamo, Tato – tego nie czytajcie:]) Pozwoliło mi to na trochę znów zagłuszyć głód, bo od rana nic nie jadłem:).

Przylecieliśmy do Lizbony ok. 21:35, potem jeszcze czekanie na bagaż, wreszcie jest i mogę wychodzić na spotkanie oczekujących na mnie tłumów. Tłumy były to prawda, a oczekujących mnie nie było widać:]. Miał mnie odebrać z lotniska Andre, mój jedyny do tamtej pory przyjaciel w Portugalii, którego poznałem grając w hattricka (kolejny powód dla którego warto grać w hattricka:))). Mieszkający od 3 lat w Lizbonie, pochodzący z Porto, po prostu idealnie pasował, żeby mi pomóc;). Obiecał, że będzie czekać na mnie na lotnisku z kartką z moim nazwiskiem i imieniem. Gdy wyszedłem zobaczyłem setki ludzi i kilkanaście białych kartoników, z których żaden mnie nie wołał:/. Zacząłem krążyć po lotnisku licząc, że może nie stał na wprost wyjścia tylko gdzieś po kątach się chowa – bezskutecznie. Podszedłem zatem do informacji i zapytałem kobiety czy mogę jej zadać kilka pytań i jak się zgodziła to przystąpiłem do szturmu:]. Powiedziałem jej, że miał na mnie czekać przyjaciel i go nie ma i nie mogę go znaleźć więc czy jest możliwość, żeby wywołać go przez głośniki i powiedzieć, że na niego czekam przy informacji. Odesłała mnie do informacji lotniska, bo ona tylko turystyką się zajmowała:))). Najpierw przez 15 minut nikogo tam nie było, więc dorwałem się do internetu (1 euro za 5 minut – al’right!), sprawdziłem szybko maila szukając informacji od Andre – była! I mówiła, że będzie na mnie czekać od 21:30, więc wysłałem jeszcze szybko po smsie do najbliższych, że żyję i jestem już na lotnisku i poszedłem szukać Andre. Wiedziałem, że ma kolczyk w uchu więc chodziłem i szukałem. Nie znalazłem:/. W międzyczasie wróciła kobieta z informacji lotniskowej. Zapytałem się jej o to samo o co pytałem ostatnią kobietę. Nie, nie może tak zrobić. Skandal!! Wróciłem do tej pierwszej i zapytałem co mogę od niej dostać - za darmo, dodałem po chwili:]. Zaopatrzyła mnie w mapę Lizbony i informator turystyczny. Potem zapytałem jak się mogę dostać autobusem do Porto i o której jest i czy ma mapę Porto. Wszystko dostałem i wszystkiego się dowiedziałem. Autobus jest zarówno o 7 rano, jak i 15 minut po północy – żadne autobusy miejskie nie kursowały już, ale powoli zacząłem się poważnie zastanawiać czy nie pojechać tym autobusem i nie spać gdzieś na ławce w Porto. Taksówka na dworzec 10 euro i bilet 17, jak się pięknie dowiedziałem:)). Dochodziła godzina 23:15 ich czasu, czyli w Polsce u Mamy i Taty to była 0:15 ;). Postanowiłem sprawdzić ostatni raz. Było już zdecydowanie mniej osób niż na samym początku i wypatrzyłem mężczyznę stojącego przy samej barierce z kartką i … tak!! kolczykiem w lewym uchu!!:) Jupi, zostawiłem graty i podszedłem do niego pytając czy nie jest przypadkiem Andre. BYŁ!;) Okazało się, że myślał, że przylatuję z Paryża i kiedy ja wychodziłem do oczekujących tłumów, on poszedł na kawę. Masakra:D. Na szczęście wszystko się udało z małymi odchyleniami od założonego planu. Zapakowaliśmy bagaże do jego samochodu i ruszyliśmy na miasto na małe…

Sightseeing, czyli Lizbon by night:) (w międzyczasie nastał nowy dzień – czeartek 14.09)

W czasie zwiedzania dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy o Portugalczykach, Portugalii, o historii tego kraju, o życiu osobistym Andre, jego poglądach (zrobił na mnie bardzo duże wrażenie – pozytywne oczywiście:P), o 54 najbogatszym człowieku na ziemi, który jest Portugalczykiem i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy, jak na przykład to, że 1 portugalski komandos jest w stanie załatwić 20 amerykańskich marines. Taki wynik wyszedł w ostatnich (przeprowadzanych każdego roku) ćwiczeniach jednostek specjalnych tych dwóch krajów:)))).

Zobaczyłem, gdzie Andre pracuje, jak wygląda druga, co do prestiżu chińska restauracja, 17 km most, Red Bridge w Lizbonie, którego właściciel pozwał miasto San Francisco, które według niego skopiowały jego most tworząc Golden State Bridge – kolejna ciekawostka:)).

Kilka zdjęć ze zwiedzania znajduje się w galerii, ale jako że było ciemno ich jakość nie jest najlepsza. Umówiliśmy się na dzienne zwiedzanie, ale to raczej w październiku:)).

Następnie wyruszyliśmy na poszukiwanie jedynej na świecie kawiarenki Hattrick Cafe Lisboa, która powstała dzięki pomysłowi dwójki zapaleńców ze stolicy Portugalii. Ona też okazała się zamknięta, ale zobaczyliśmy co nieco przez szybę i kraty:]. Zdjęcia oczywiście nie mogłem sobie odmówić:).

Około godziny 1 poznałem dziewczynę Andre – Alexandrę i mieliśmy dalej szukać czegoś do jedzenia, ale już wszystko było pozamykane, więc postanowiliśmy, że pojedziemy do domu. Z tego rozwiązania najbardziej ucieszyła się Alexandra, która o 24 napisała smsa Andre pytając czy jesteśmy już w swoich łóżkach:P.

Około 2:30 dojechaliśmy do domu Anre, który mieszka około 30 km pod Lizboną. Bardzo ładny dom. Poopowiadał mi trochę o swojej pracy jeszcze, o tym czym się zajmuje i przed (Mamo, Tato tego też nie czytajcie:P) 4 położyliśmy się spać, bo o 7 czekał na mnie autobus do Porto. Udało się wstać dzięki pomocy dwóch budzików. Mycie, zupka mleczna, kawka i jedziemy. Wręczyłem Andre pieniądze i poprosiłem, żeby kupił mi bilet (15,5 euro) i dowiedział się czy kierowca mówi gdzie jesteśmy, bo Porto to takie małe miasto, że mógłbym nie zauważyć, że już w nim jestem:P. Wszystko wyszło bardzo fajnie, bo pan kierowca w ogóle miał specjalne pomieszczenie na bagaże z tyłu samochodu i na każdym przystanku wychodził i wręczał podróżującym ich dobytek:)).

LeSuav

Porto

Autobus zatrzymał się tylko raz na drodze do Porto i było to w Fatimie – będę musiał tam kiedyś pojechać:]. Istniała szansa, że na miejscu będzie czekać na mnie brat Andre, Nuno, ale do końca nie mogłem być tego pewien, ponieważ Andre miał to załatwiać w momencie kiedy ja już byłem w autobusie. Nikt na mnie niestety nie czekał, a później okazało się, że Nuno miał w tym czasie zajęcia na uniwersytecie. Zanim się jednak tego dowiedziałem to wysłałem mu smsa, ale pewnie poszedł gdzieś do Tajlandii albo okrążył świat 3 razy i trafił do Tasmanii, bo jak wklepałem numer Vodafone 919619037 to pojawił się raport, że dostarczono wiadomość na numer 999948919619037 i do tej pory nie wiem co i jak się stało:]]].

Wyszedłem więc na miasto zdany tylko na siebie i mapę Porto, którą mi podarował Andre – naprawdę dobra mapa:]. Przez bodajże 40 minut, walczyłem ze sobą, a raczej z własnym wstydem, który blokował mnie przez zaczepieniem kogoś na ulicy i zapytaniem o drogę:). Wreszcie nadeszła chwila kiedy mogłem wykorzystać wyuczone 2 zwroty po portugalsku, które do tej pory stosuję z wielkim powodzeniem wprawiając w osłupienie nie tylko siebie, ale też innych, ale o tym potem:]. Tak więc uważnie wybierałem ofiarę – stworzyłem nawet profil – młody/młoda z miłym wyglądem twarzy, idący/idąca w pojedynkę niezbyt szybko (ponieważ nie byłem pewien czy dobrze zastosuję liczbę mnogą, bo ten mini kurs był tylko w l. poj.:D). Mało kto pasował do tego profilu tak więc słowa (pisane jak słyszane) – pyrdon sinjora/sinjor, e sinjora/u sinjor entende inglesz - nie wyszły na ciepłe portugalskie powietrze:P. Ale szczęście uśmiechnęło się niejako do mnie samo. Podszedł osobnik, który wprost był przeciwieństwem mojego założonego profilu – wyglądał na bezdomnego, troszkę brudny i jeszcze prosił o pieniądze. Co mnie zdziwiło to fakt, że zagadnął mnie po portugalsku, fransusku, no i skończył na angielskim, ale nie jestem pewien czy nie znał jeszcze kilku języków:P. Całkiem dobrze mówił po angielsku i szybko dobiliśmy targu – dam mu „coin’a” jeśli powie mi jak dostać się do stacji metra S.Bento. I tu kolejna rzecz, która cechuje Portugalczyków. Nie, on Ci nie powie, gdzie to jest, on Cię zaprowadzi:D. Oczywiście na początku powie:]]]. No i poszliśmy. Wziął mój bagaż podręczny i chciał jeszcze drugi bagaż, ale powiedziałem uprzejmie, że dziękuję i dam sobie radę. Po drodze spotkaliśmy 2 kobiety, które on zapytał o drogę i kiedy jedna mu odpowiadała druga dawała mi oczami i rękoma znak, żebym uważał na tego człowieka:)). Po krótkiej rozmowie jedna z nich dała mi bilet do metra tak sama z siebie i poszliśmy:))). Ten człowiek zapytał się mnie czy wiem o co się kłócił z tymi kobietami, więc powiedziałem „nie”, co było zgodne z prawdą. Powiedział, że one mówił, że jest złym człowiekiem i że mi ucieknie z bagażem i mnie zostawi i takie tam:))). Nie dałby rady. Mój podręczny ważył 14 kg, a on był straaaasznie wychudzony:]. Weszliśmy do metra, kupił mi bilet – zapłaciłem 85 eurocentów – zeszliśmy na dół, gdzie zaczepił dziewczynę i poprosił, żeby powiedziała mi gdzie mam wysiąść, bo okazało się, że ona jedzie dalej niż ja. Nie wiedziałem jaka jest stawka, ale bardzo mi pomógł i był bardzo sympatyczny, a że prosił o pieniądze na jedzenie to dałem mu 1 euro, co i tak jest mało bo najtańsze jakieś obiadowe danie kosztuje min 2 euro. On był zadowolony i ja też byłem. Dziewczyna nie mówiła po angielsku, więc tylko się uśmiechaliśmy do siebie i powiedziała mi, gdzie mam wysiąść, ale to akurat już wiedziałem w momencie kiedy wszedłem do metra, bo korzystanie z tego środka lokomocji nie należy do najtrudniejszych. No dobra, może w Moskwie, gdzie jest tysiąc linii:]. Powiedziałem jej „abrigado” i wyszedłem. A, przypomniałem sobie – w Portugalii jest taki rodzaj muzyki, który ma nazwę jeszcze tylko w japońskim. Zresztą bardzo dużo podobieństw jest między tymi krajami i nie chodzi wcale o słowo dziękuję, które w japońskim jest „arigato”;).

Po wyjściu ze stacji metra zaczepiłem kolejną ofiarę – siwego, dobrze ubranego mężczyznę w wieku około ponad 60 lat:]. Zapytuję czy rozumie i mówi po angielsku, a on do mnie normalnie - a little bit – no więc weszliśmy w małą pogawędkę. Spotkałem go następnego dnia na mieście kiedy pilnowałem samochodu – to była pierwsza osoba, którą rozpoznałem!!:D.

Pokierował mnie do uniwerku, ale tak, że zanim go znalazłem to błądziłem przez 30 minut, bo nikt nie był w stanie mi powiedzieć, gdzie jest uniwersytet mój, który okazał się leżeć dosłownie niecałe 800 metrów od miejsca, w którym pytałem:].

Spotkanie

O 13 byłem umówiony z Beatą i Robertem, z którymi będę przebywać przez najbliższe 5 lub 6 miesięcy w Porto. Okazało się, że oni nie znaleźli żadnego mieszkania i przez 3 dni mieszkali w hotelu Ibis płacąc 40 euro za pokój. Jak dla mnie to trochę drogo, ale przynajmniej mieli parking strzeżony, bo w samochodzie znajdował się ich cały dobytek. Dowiedziałem się od niech, że dzień wcześniej spotkali jakiegoś przewodniczącego samorządu, który zaoferował im pomoc i był strasznie zbulwersowany tym, że nasza koordynatorka nie znalazła nam żadnego mieszkania. Ściągnął nawet jakiegoś prezydenta stowarzyszenia uniwersyteckiego, żeby zaingerował w tej sprawie. Ten chłopak, który im pomagał, Sergio, chodził z nimi przez 4 godziny i dzwonił pod numery, które ogłaszały chęć wynajęcia mieszkania. Był pośrednikiem między Polakami a Portugalczykami:))). Niestety nie udało im się nic wynająć, bo wszyscy chcieli wynajmować albo na rok, albo potrzebowali jakiegoś żyranta. Niestety ani jednego, ani drugiego nie mogliśmy im zagwarantować:/. To taka retrospekcja mała. Beata i Robert umówili się z tym chłopakiem tego samego dnia co ze mną i jeszcze z naszą koordynatorką, Danielą, żeby coś w tej sprawie załatwić. Niestety nic się nie udało załatwić, bo trafiliśmy na ścianę nie do przejścia. Sergio trochę spuścił z tonu, bo może doszło do niego, że przed nim jeszcze 3 lata studiów tam, albo może z innego powodu. W każdym bądź razie Daniela powiedziała, że nie jest w jej obowiązkach zapewnianie miejsca do mieszkania studentom i ze podała nam łaskawie jeden kontakt i my z niego nie skorzystaliśmy i jesteśmy niegrzeczni, że nie oglądając mieszkania na własne oczy powiedzieliśmy, że jest brzydkie (mieliśmy zdjęcia i za cenę 500 euro miesięcznie za takie coś to naprawdę trzeba by być nieźle zdesperowanym – może na to liczyli?;)). W każdym bądź razie p. Daniela powiedziała nam, że ta pani, która wynajmuje to uczy w ich szkole i że my nie chcieliśmy się z nią spotkać w środę i zachowaliśmy się niegrzecznie. Nie wiem jak Beata to ustalała, ale ja jej wierzę, jak mówi, że wysłała tej kobiecie maila, że w środę to oni dopiero dotrą do Porto i wolą zobaczyć to mieszkanie w piątek. No tak więc afera wielka, teraz będzie, że Polacy to wybrzydzają, że pewnie chcą mieć luksusowy apartament. Beatka się trochę boi, że będą nam robić problemy z zaliczeniem semestru:)). Zobaczymy, nie poddamy się bez walki, tak samo jak z mieszkaniem:P.

Żeby było śmieszniej to Daniela jeszcze za wzór stawiała nam Mateusza (bardzo miły i sympatyczny, mam nadzieję, że współpraca będzie się dobrze układać), studenta z Poznania, który jest tu od miesiąca i nie ma problemów z mieszkaniem. Różnica między Mateuszem a nami jest taka, że Mateusz przejął mieszkanie po znajomych, którzy byli tu w tamtym roku (o czym oczywiście nie wspominała Daniela) a my nie mogliśmy przejąć po naszych, bo kobieta już wynajęła wcześniej. Zatem czarny PR w wykonaniu Danieli trwał nadal, która nie omieszkała napomknąć o tym każdemu, kogo tylko spotkała na korytarzu na uniwerku.

Nie zważając na to ruszyliśmy na dalsze poszukiwania, bo była już godzina 16. W międzyczasie Beata wysłała 2 maile do dwóch kobiet odnośnie mieszkania. Jedna z nich odezwała się po godzinie, ale bardzo kiepsko po angielsku mówiła, więc zgarnąłem jakąś dziewczynę z ulicy i robiła ze przekaźnik:]]. Zdobyła adres i powiedziała nam gdzie mamy jechać. Wydawało nam się, że obraliśmy dobry kierunek i trafiliśmy dobrze, jednak nie mogliśmy znaleźć podanego adresu. Robert zaczepił jakiegoś mężczyznę wyglądającego przez okno i zapytał czy wie gdzie to jest. Portugalczyk nam wytłumaczył po portugalsku i o dziwo nawet go zrozumieliśmy, ale poczuł się chyba za bardzo odpowiedzialny i zaprowadził nas pod sam dom, a było to około 500 metrów dalej:]. Witał się tam z ludźmi jak z dobrymi znajomymi. W sumie wyglądał na szefa mafii, więc może każdy mu oddawał cześć:]. Dotarliśmy tam o 18 i tę godzinę można uznać ze rozpoczęcie naszych negocjacji, o których od tamtego dnia będą krążyć legendy wychwalające studentów z Polski jako najbardziej zaradnych ze wszystkich studentów na świecie, co generalnie i tak jest już prawdą;))).

photo session

Negocjacje

Poszliśmy na żywioł. Wiedzieliśmy, że pewne mosty mamy już za sobą spalone i nie należy oglądać się wstecz tylko śmiało z podniesioną głową dążyć przed siebie. Tak też zrobiliśmy. Na samym początku zaczęliśmy rozmawiać z Carlą, niestety jej łamany angielski był gorszy niż nasz portugalski:P. Dowiedzieliśmy się za to, że to jest dom jej matki i czekamy, aż ona przyjdzie, bo to od niej zależy czy nam wynajmą. Na gwałt potrzebowaliśmy tłumacza, więc postanowiłem zadzwonić do Nuno z prośbą o pomoc. Po 4 razach wreszcie odebrał telefon, a w nasze serca wlała się nadzieja na dobicie targu. Po ustaleniu z nim linii ataku przekazałem telefon Carli i oni zaczęli rozmawiać. Strasznie mnie dziwił fakt, że oni rozmawiali około 7 minut, a Nuno relacjonował nam to w 3 zdaniach, hmmm:))). Warunki – dom na rok, 600 euro. Na nic z tych rzeczy nie mogliśmy się oczywiście zgodzić, bo nie jest pewne czy zostaniemy na rok. Oczywiście bardzo byśmy chcieli, ale to nie zależy w większej części od nas. No i poprosiliśmy Nuno, żeby powiedział kobietom, że na pewno będziemy 6 miesięcy, a co do reszty czasu to decyzja zależy od naszego uniwersytetu. Cenę jaką bylibyśmy w stanie zapłacić było 500 euro miesięcznie. Dowiedzieliśmy się, że matka musi to przedyskutować z córką i na tym rozmowa się zakończyła. Nuno zaproponował nam nocleg jeśli nic nie znajdziemy na dzień lub kilka w domu jego matki. Podziękowaliśmy mu i czekaliśmy na decyzję. W międzyczasie córka (Carla) rozmawiała z siostrą przez telefon, która miała większe doświadczenie i dzięki temu zapytała się czy chcemy podpisać kontrakt, na co zgodnie odpowiedzieliśmy, że nie. Po 25 minutach przyszła matka z 2-letnim synkiem Carli i rozpoczęła się kolejna, druga już tura negocjacji.

Wyszło na jaw, że przyjęta została nasza propozycja dotycząca długości pobytu w mieszkaniu, ale cena pozostała 600 euro + opłaty za gaz, wodę i elektryczność. Jak dla mnie to trochę za drogo więc starałem się przekonać Beatę i Roberta (oni już byli na wykończeniu, ponieważ przez 3 dni nic nie znaleźli i byli w stanie zgodzić się na wszystko), żebyśmy powalczyli o 500 euro, bo to jest w naszym zasięgu. Kolejny telefon do Nuna i kolejne tłumaczenie skończyło się tym, że Carla wpadła na pomysł, żeby jechać do niej do domu, gdzie przy pomocy komputera będziemy mogli się porozumieć. Tak więc pojechaliśmy do nie. Mieszka jakieś 200m od naszego domku.

W domu straszny bałagan, tak jakby byli w trakcie jakiegoś remontu. Zresztą w tym co go chcieliśmy wynająć też było podobnie. Carla odpaliła laptopa, włączyła stronę (świetną, tak w ogóle) www.translate.google.com, na której można nie tylko tłumaczyć pojedyncze zdania, ale także całe strony internetowe. Google rządzi jednym słowem:))). Na tę z kolei rundę negocjacji udaliśmy się razem z Beatą, ponieważ Robert poszedł po samochód. Przedstawiliśmy Carli naszą sytuację – jesteśmy studentami, nasz uniwersytet daje nam tylko 300 euro miesięcznie na życie (z czego Robert nie dostaje nic), więc byłoby nam ciężko płacić 600 euro. Beata chciała żeby zaproponować 550, ale to było bez sensu, bo przecież można było zakotwiczyć niżej i ewentualnie potem powalczyć o tę kwotę. Napisaliśmy 500 + opłaty. Krótka narada z matką i pytanie czy jeśli Robert znajdzie pracę to czy będziemy płacić 600 euro + opłaty. Prosiły, żeby go zawołać, żeby się zadeklarował. No więc, gdy już się pojawił to napisał, że tak, że moglibyśmy płacić tyle + opłaty. Bez sensu:/. No, ale udało mi się im wyperswadować, że jak już mamy płacić 600 euro to bez opłat, bo w sumie one nie są takie duże (góra do 50 euro). Carla się bała o to, że koszty korzystania z gazu, wody i energii będą wynosić po 100 euro, bo już tak raz miała. Dlatego podaliśmy jej propozycję, żeby płacić 600 bez opłat, o ile nie będą one przekraczać 50 euro. Z tego co ona pisała to woda to 17 euro, więc może nie będzie źle. Pozostaje nam liczyć na szczęście i na to, że te opłaty nie będą wysokie. Poza tym na razie płacimy 500, bo Robert nie ma pracy:]]]. Więc ogólnie jestem zadowolony z negocjacji. Poprosiliśmy potem o coś do picia, bo dochodziła już 21, a my nic w ustach mokrego nie mieliśmy od samego rana, ciągle latając za mieszkaniem. Kobiety zapytały nas czy mamy pościel – ja nie miałem, bo by mi się nie zmieściła do bagażu:))). Miałem za to najpiękniejszą na świecie poszewkę na poduszkę, którą oczywiście z namaszczeniem cały czas przechowywałem:)))). Jak już nas zawieźli to domu i dali nam klucze to miałem ochotę wyściskać tę Carlę i jej męża Miguela. Ich syn chyba mnie polubił, bo nawet będąc na rękach babci wyciągał je do mnie i nosiłem go trochę:PPP.

Wieczór

Zadzwoniłem do Nuno i podziękowałem mu za propozycję, ale wreszcie mamy własny kąt do spania. Zapytałem czy wie może do której jest LIDL otwarty, ale nie był pewien za to polecał nam jechać do Norte Shopping, ale nie mieliśmy już ochoty jechać tak daleko:)). Poszukaliśmy za to stacji benzynowej, gdzie w akcie desperacji kupiłem 5 litrów wody na 2,5 euro, gdzie normalnie w hipermarkecie Continental kosztuje 0,60 euro:/. Bywa. Udaliśmy się do jakiejś pizzerii i ja po raz pierwszy zjadłem ciepły posiłek w Portugalii – zawijaną pizzę – pyszna + sok limao – jeszcze lepszy. Potem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do domu i spaliśmy do 11 rano następnego dnia:)))

(Piątek 15.09) Piątek był dniem poznawania sąsiadów i załatwiania pierwszych spraw związanych z pobytem. Nasz jeden sąsiad pojechał z nami do urzędu pracy, gdzie Robert chciał się zarejestrować jako bezrobotny, ponieważ dzięki temu mógłby dostawać 50 euro miesięcznie zasiłku, no i ktoś go będzie mógł zatrudnić. Robert jest informatykiem po politechnice:). No więc ten nasz kochany sąsiad jeździł z nami, pokazywał nam drogę i załatwiał wszystkie sprawy w urzędach, bo urzędniczki potrafiły tylko „noa comprende” powiedzieć i gdyby nie on to odprawiłyby Roberta z kwitkiem. Zwiedziliśmy 3 urzędy i nawet nie wiem co oni tam załatwiali, bo ja pilnowałem Maszy i samochodu:D. Udaliśmy się potem do domu, podziękowaliśmy bardzo sąsiadowi i pojechaliśmy na zakupy. Strasznie wielkie centrum handlowe jest z tego Norte Shopping – olbrzymie:)). W sumie na zakupy wydaliśmy około 100 euro z czego większość, bo 50, to koszty środków czystości:/. Generalnie ceny są trochę wyższe od tych w Polsce, ale jeśli chodzi o ceny mieszkań, to są one strasznie przesadzone:/. W tym sklepie widziałem najładniejsze pomarańcze w całym moim życiu:)).

Po powrocie zabraliśmy się za małe porządki (dzięki temu w sobotę mieliśmy mniej do roboty), kolację i wieczorne rozmowy. O tym, że poszliśmy spać chyba nie muszę wspominać;)).

(Sobota 16.09) Rano 30 minut ruchu – bieganie po boisku, rozciąganie i inne ćwiczenia.

Potem śniadanie i plany na resztę dnia. Sprzątanie, ocean i wieczorem koncert. To na razie tylko, bo jeszcze jest sobota.

Artykuły o podobnej tematyce