Dalsze zwiedzanie i pieniędzy wydawanie;)

Opowieści z wyjazdu na stypendium Sokrates Erasmus
Poniedziałek (23.10) Wstałem, jak zwykle w poniedziałki, dość wcześnie, ale szykowałem się dość długo. Wyszedłem z nastawieniem, że pewnie się spóźnię na zajęcia, jednak nic takiego nie miało miejsca, a wręcz musiałem czekać 10 minut na wykładowcę:)). Ten czas poświęciłem więc na rozmowy kolejno z Carlo, Pedro i Ivo. Z pierwszych z nich to tylko przelotnie, ponieważ on nie chodzi ze mną na żadne zajęcia z wyjątkiem Business Ethics, więc tylko powiedział, że zobaczymy się po moich zajęciach. Z pozostałą dwójką omawialiśmy termin meczu i jeśli im wierzyć to nastąpi to w tym tygodniu. Jeśli jednak nie to chyba sam wezmę sprawy w moje ręce i zorganizuje ten mecz:]. Hala jest – 8 euro za godzinę, poza tym nie jest daleko, więc będzie można sobie bardzo tanio i fajnie pograć:P. W końcu pojawił się pan inżynier i weszliśmy do sali.

Frekwencja nie dopisała i klasa świeciła pustkami, ale mi to wcale nie przeszkadzało, bo miałem po prawej Pedro, a w torbie miałem książkę do gramatyki portugalskiej. Zatem w momentach kiedy nic ciekawego się nie działo, robiłem ćwiczenia z książki. Książka bardzo fajna, polecam wszystkim, którzy chcą się uczyć portugalskiego. Jej tytuł to – Gramatica Activa I i do znudzenia przypomina książkę do nauki angielskiego, której autorem był niejaki pan Murphy. Ci, którzy mieli z nią do czynienia na pewno wiedzą o co mi chodzi. Dla ułatwienia dodam, że są na pewno 3 książki – czerwona (poziom podstawowy), niebieska (średnio zaawansowany) i fioletowa (strasznie mądra i trudna;)). No więc tak sobie organizowałem czas:)). Po raz kolejny nie wiele uwagi pan mi poświęcał, ale to pewnie dlatego, że od 2 zajęć jestem sam, a Beata z Agnieszką nie będą uczęszczać na ten przedmiot. Poza tym to co się dzieje na tablicy jest strasznie łatwe i gdyby tylko u nas na uczelni tłumaczyli to w ten sposób to nikt nie miałby z tym problemów:). Zapytałem Pedro czy wybiera się w niedzielę na mecz Porto – Benfica. Powiedział, że to chyba dla niego zbyt drogie jest i raczej nie pójdzie. Ja strasznie zdziwiony, że dla niego 5-10 euro to dużo za mecz zapytałem się o to. Powiedział, że nie wie czy bilety są w takiej cenie, ale jeśli byłby to on chętnie pójdzie i może Ivo się z nami wybierze, bo mieszka 200 m od stadionu. Powiedział, że napisze mi we wtorek smsa i powie, co udało mu się ustalić. Gdy wybiła godzina 12:30 i ludzie zaczęli wychodzić z klasy, ja przystąpiłem do wcielania w życie mojego chytrego planu, który kiełkował w mojej głowie przez ostatni tydzień. Otóż doszedłem do wniosku, że skoro wykładowca jest inżynierem i zawsze opowiada, gdzie i z jakimi firmami on to nie pracował, to pewnie ma dużo kontaktów i nie zaszkodziłoby zapytać go czy nie doradziłby jakiejś firmy oferującej praktyki dla studentów:P. Moją wiarę w powodzenie całego przedsięwzięcia potęgowała osobowość tego mężczyzny, który jest bardzo sympatyczny i równie miły:). Rozmowę zacząłem od przypomnienia o jakichś materiałach, które obiecał mi wręczyć. Następnie dałem mu się wygadać (to jest jego duży minus – za dużo mówi:]), a potem przejąłem inicjatywę i przystąpiłem do ataku. Zapytałem czy nie zna firm, w których można by zrobić jakiś staż, ponieważ nie mam zajęć i chciałbym ten czas wykorzystać na poznawanie działania przedsiębiorstw w Portugalii i zdobywanie potrzebnego praktycznego doświadczenia:)). Zastanowił się chwilę, a potem zaczął opowiadać, że w okolicach Porto to nie ma jakichś interesujących i wielkich przedsiębiorstw, a jeśli już są to najbliżej w promieniu 30 km. Zapytał, które dni mam wolne w tygodniu i czym się najbardziej interesuje. I obiecał, że użyje swoich kontaktów i da mi znać. Super! Mam nadzieję, że mu się uda;].

Po drodze do sali komputerowej spotkałem Beatę i Roberta, którzy przestrzegli mnie, żebym pod żadnym pozorem nie dotykał Maszy, nie całował jej, a po żadnym pozorem nie dawał się jej całować. Zszokowany tymi rygorystycznymi wskazówkami zapytałem, co się stało. Okazało się, że Masza podczas korzystania ze swobody na spacerze wytarzała się w zdechłym szczurze!! FUJ!!!:D. Została oczywiście umyta, ale nie można mieć pewności, że nic na niej lub w niej nie pozostało:/. Za karę cały niemalże dzień spędziła na dworze, a ja postanowiłem sobie, że już jej nie dotknę i ograniczę wszelakie kontakty z nią do niezbędnego minimum:)).

Zamiast udać się na Internet poszliśmy z Beatą do biura współpracy z zagranicą, w celu zaniesienia dr Elsie naszego Learning Agreement, który jak się dowiedzieliśmy, powinniśmy tam dostarczyć w celu otrzymania drugiego podpisu. Zostaliśmy poinstruowani, że to nie jej podpis i pieczątka powinna się tam znaleźć, ale jakiejś pani profesor i ona nam to załatwi, jak zostawimy jej te papiery. Tak też zrobiliśmy i obiecaliśmy, że przyjdziemy we wtorek, zgodnie z jej prośbą.

Ja wreszcie poszedłem do sali komputerowej, gdzie szczęśliwie udało mi się znaleźć wolne stanowisko i przystąpiłem do sprawdzania hattricka, ponieważ ostatnia kolejka przyniosła niesamowite niespodzianki – 3 czołowe zespoły przegrały swoje mecze ze słabszymi (nikt tego nie udowodni:P) przeciwnikami, a lider to nawet poległ z ostatnią drużyną tabeli. Teraz z 8 drużynowej ligi wciąż szanse na zwycięstwo mają zespoły z miejsce 1-6. Hahaha, kocham swoją ligę:]. Potem jeszcze maile, rozmowy na gg, parę smsów wysłałem i wróciłem do domu piechotkę, bo pogoda była wspaniała – najlepsza od ostatniego tygodnia:).

W domu nic szczególnego nie robiłem oprócz grania na komputerze i zrobienia 3 lekcji z portugalskiego. Postanowiłem też podjąć ostateczną próbą pożyczenia od Agnieszki filmów DVD, które zostawili jej właściciele mieszkania. W czasie kiedy Beata z Robertem pojechali na uniwersytet, żeby porozmawiać z rodzicami, ja wziąłem Maszę na spacer i poszliśmy do Agnieszki. Kilka towarzyskich, wprowadzających przyjazna atmosferę zdań, uważne słuchanie (najlepsze sposoby na rozmowy z kobietami) i przytakiwanie na nic się nie zdało, ponieważ w ostatecznym rozrachunku na pytanie czy pożyczy mi filmy usłyszałem lakoniczną odpowiedź – nie. Ciężki orzech do zgryzienia. Zapytałem co tak nagle zmieniła zdanie odnośnie pożyczania filmów, skoro wcześniej nie miała, żadnych obiekcji przed zrobieniem tego (przyniosła nam płytę z jednym filmem początku znajomości). Nie odpowiedziała. Zapytałem o powody jej niechęci do pożyczania i usłyszałem – „bo nie”. Aha, wszystko jasne. W takim razie z ludźmi, którzy pogrywają w ten sposób nie ma co się zadawać i tym samym niestety „koleżanka” Agnieszka została skreślona i już nie będzie więcej występować w tym, ani w innym życiu w tej historii, a tym bardziej w historii mojego życia;P.

Poszedłem z Masza pobiegać na boisku, ponieważ był to jedyny sposób, żeby spalić jej ogromne pokłady energii:). Po powrocie zrobiłem sobie kolację i zabrałem się za czytanie książki, kiedy wrócili Beata z Robertem i Masza podniosła straszny hałas, cała szczęśliwa z tego powodu:P. Moi współlokatorzy postanowili wieczorem obejrzeć film, a ja udać się na spoczynek, ponieważ oko strasznie zaczęło dawać mi się we znaki. Wiem, że z oczami nie ma żartów, dlatego nie chciałem go przemęczać i po zażyciu ożywczej kąpieli położyłem się dobrze przed północą.

(Wtorek 24.10) To, że położyłem się przed północą wpłynęło na to, że obudziłem się o 7 i nie chciało mi się już spać, ale zmusiłem się do tego wysiłku i po jakimś czasie udało mi się obudzić o 9. Zadowolony z tego stanu rzeczy wstałem, przygotowałem sobie śniadanie i kiedy już je skończyłem zacząłem robić kolejne lekcje z portugalskiego. Będę się pewnie strasznie powtarzać i opisywać to w kółko, ale prawda jest taka, że to ostatnimi czasy zajmuje mi strasznie dużo czasu i naprawdę postawiłem sobie to za punkt honoru:]. Gramatyka generalnie ta, którą teraz robię nie jest jakoś bardzo skomplikowana, ale robienie zadań pochłania mi olbrzymie pokłady czasu ze względu na to, że nie znam większości słów i każde z uporem maniaka zapisuję w przeznaczonym do tego celu zeszytu tłumacząc je od razu na przystępny dla mnie język:]]]. Znam już kilka najważniejszych regularnych czasowników, a do tego najbardziej przydatne przymiotniki, przysłówki i rzeczowniki. Jeszcze gdybym tylko potrafił je wszystkie od razu spamiętać to byłoby pięknie:]]. Ale wszystko w swoim czasie:)).

W międzyczasie wstali mieszkańcy z sąsiedniego pokoju i po śniadaniu zapytali się czy nie chciałbym jechać z nimi do sklepu na zakupy, na co oczywiście zgodziłem się z ochotą, ponieważ akurat przydałoby się kupić kilka rzeczy do jedzenia, aby sprawdzić przepisy i rady pani Dubickiej:]. Dowiedziałem się, że mamy jechać do Carefoura, więc to już prawie poza miastem jadąc autostradą. Słyszałem jak Beata rozmawia przez telefon i domyśliłem się o kogo chodzi i zażartowałem sobie, że nie jadę w takim układzie:].

Kiedy już wszyscy, co mieli jechać pojawili się w umówionym miejscu – ruszyliśmy. Nie wiem kiedy to się stało, ale straciłem już pozycję głównego pilota i już moja nawigacja nie jest potrzebna. Myślę, że stało się to podczas ostatniego tygodnia kiedy rodzice byli wożeni i najprawdopodobniej albo Beata nauczyła się czytać mapy, albo Robert poznał miasto na tyle, że nie potrzebuje pomocy. I to ich zgubiło:]. Zamiast zjechać na autostradę w lewo, zjechaliśmy w prawo i w związku z tym wylądowaliśmy w centrum handlowym Dolce Vita przy stadionie FC Porto:P. Mi to w sumie wszystko jedno gdzie, aby tylko było za co kupować:]]]. Tym razem najwięcej kupiłem owoców i warzyw, ponieważ wędliny i sery udało mi się znaleźć bardzo dobre w pobliskim Mini Preço. Do domu wróciliśmy o 14:20 i po krótkim odpoczynku pojechaliśmy na 15 na wydział ze względu na spotkanie z dr Elsą.

Nie zaskoczyła nas niczym nowym i nie załatwiła naszej sprawy, ale obiecała, że jak już będzie wszystko gotowe to wyśle nam maila i wtedy będziemy mogli przyjść. Dobra, niech będzie – nie ma co się pienić szczególnie, że znam taką dziewczynę, która wchodząc tam i prosząc o załatwienie jakiejś rzeczy dostaje na początku stosowną reprymendę:D:D:D.

Beata poszła do Roberta korzystać z komputerów i ja uczyniłem to samo tylko piętro wyżej. Żeby nie iść na piechotę do domu umówiłem się z Beatą, że puści mi sygnał kiedy będzie kończyć i zabiorę się z nią samochodem. Miałem więc, jak powiedziała, ok. 15 minut, co okazało się na szczęście nieprawdą:]. Niestety i tak nie było dość czasu, żeby załatwić wszystkie sprawy i w środę nie ominie mnie wizyta na Portucalense.

Po powrocie zaczęło się wielkie przygotowywanie do robienia pizzy:]. Byłem strasznie głodny i nie mogłem się doczekać kiedy w końcu będę mógł się nasycić:). Pomagałem jak tylko mogłem – kroiłem ser i czosnek, byłem testerem sosu, nagrzewałem piekarnik, sypałem mąkę, byłem pomysłodawcą prowizorycznej stolnicy zrobionej z deski będącej półką :]]]]. Poza tym wpadłem na genialny pomysł zrobienia rękawic, dzięki którym przy ugniataniu ciasta unikałoby się jego przyklejania do rąk:PPP. Po wstawieniu pizzy do piekarnika Beata poinformowała Roberta, że może już wracać z uczelni i przychodzić na jedzonko:]. Pizza była świetna – nie taka jaką się dostaje w lokalach, ale taka robiona domowym sposobem, przypominająca trochę ciasto drożdżowe Mamy:]. Ze względu na to, że okazja była wyjątkowa postanowiłem otworzyć zakupione tego samego dnia wino różowe i rozkoszowaliśmy się posiłkiem. Po jedzeniu dostałem 2 smsy od Pedro, który pisał, że Ivo pójdzie pod warunkiem, że bilet będzie do max. 10 euro, a on jeszcze da mi znać w środę, bo sam jeszcze nie jest pewien czy będzie mógł iść:].

Wieczorem zacząłem nadrabiać trochę zaległości w pisaniu raportów, ponieważ przez ostatni tydzień strasznie się ociągałem i częściej komputera używałem do grania i oglądania filmów, niż do jakiejś konstruktywnej pracy (za wyjątkiem pracy na Business Ethics;)). Przy słuchaniu portugalskiego radia z super muzyką zacząłem retrospekcję tego co się działo w ostatnich dniach i tak upłynął mi wtorkowy wieczór.

(Środa 25.10) Ze względu na niezbyt zachęcające do wstawania odgłosy zza okna postanowiłem poleżeć do godziny 10 słuchając radia. Moje życie bez muzyki jest szare i smutne, dlatego właśnie jestem strasznie wdzięczny mojej siostrze za pożyczenie mi sprzętu umożliwiającego mi tenże ważny kontakt:)). Z 14 portugalskich stacji, które udało mi się namierzyć tylko 4, a w porywach 5 nadaje się do słuchania. Najlepsze dla mnie to Mega FM, RFM (prawie kopia RMF’u :)), Commercial Radio i Nova Era. Na nich najczęściej puszczane są kawałki, które idealnie zapełniają złowieszczą ciszę:].

Pierwsze co zrobiłem to zaległe ćwiczenia na środowe zajęcia, a dopiero później zabrałem się za śniadanie:P. Dostałem parę smsów od Pedro z pytaniami dotyczącymi wydziału i biletów i umówiłem się z nim na 13 na uniwersytecie.

Przyszedłem po 12 i szczęśliwie udało mi się znaleźć wolne stanowisko komputerowe, co tutaj w godzinach szczytu stanowi naprawdę wyczyn niesamowity. Tych, którzy psują te komputery powinni publicznie chłostać:P. Natomiast ludziom, którzy stworzyli stronę www.pandora.com należą się słowa uznania, bo dzięki nim mogę słuchać ulubionego rodzaju muzyki podczas buszowania w Internecie:]. Siedząc sobie w sali zostałem zaczepiony przez Celeste i Rosemarry, która przypomniała mi, że jutro obchodzi urodziny. Moja rola więc na jutrzejszy dzień została wybrana – sponsor:)). Kilka minut po pierwszej pojawił się Pedro i zaczęliśmy zajmować się jego sprawą tak, jak mu obiecałem wcześniej. Jak na złość niestety strona programu Sokrates-Erazmus nie działa więc nic konstruktywnego nie zrobiliśmy, poza wymienieniem się adresami mailowymi:)). Z uniwerku wróciłem z Beatą i Robertem, którzy przyjechali w międzyczasie i także korzystali z Internetu.

Po zjedzeniu obiadu i doczekaniu się 16:20 wyjechaliśmy na kurs portugalskiego. Zajęcia mieliśmy wyjątkowo już nie w bibliotece, a w normalnej szkolnej klasie:]. Tym razem mówiliśmy o urodzinach i najwięcej śmiechu było z Roberta, który zapytany o wiek i datę urodzin swojej dziewczyny nie za bardzo wiedział:D. Proszę go nie skreślać tak od razu – na początku troszkę mu zniekształciłem obraz, ponieważ myślałem, że chodzi o datę urodzin, a pani pytała o wiek, więc zamiast 23 lata powiedział, a raczej zaczął mówić 25 (marca) i wszyscy zaczęli się śmiać, że nie wie. Potem już pewnie ze stresu albo z prawdziwej niewiedzy ciężko mu przyszło odpowiedzieć na kolejne pytania o Beacie. Teraz go można śmiało śkreślić;))). Dowiedzieliśmy się, że w następnym tygodniu nie ma zajęć, ponieważ jest 1 listopada. Nie powiem, żeby mnie to jakoś szczególnie zmartwiło:]. Pani poradziła nam, żeby sobie odpocząć, bo ona na pewno tak zrobi:].

Gdy wracaliśmy zaczęła się straszna burza i znowu przeszła mi ochota na cokolwiek:/. Kupiłem w sklepie tylko bułki na kolację i po wypiciu herbaty pojechaliśmy wszyscy po raz kolejny na wydział. Po załatwieniu wszystkich czynności pierwszej potrzeby wróciliśmy do domu, gdzie każdy zamknął się w swojej pustelni i pozostał w niej do następnego dnia:)).

(Czwartek 26.10) Czwartek, 26 października, był takim samym czwartkiem, jak każdego tygodnia. No może nie do końca było to prawdą:). Był to dzień, podczas którego wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy:]].

Po pierwsze z samego rana, czyli około 11 wybrałem się na Estadio de Dragão w celu sprawdzenia, jak się mają sprawy z biletami na mecz Porto-Benfica. Chętnych na mecz było wielu, więc na moich barkach spoczywała nie lada odpowiedzialność;). Doszedłem do kasy i … zobaczyłem, że jest zamknięta. Hmmm, przyjdę w takim razie pomyślałem, że przyjdę później, bo na pewno o 12 będzie już kasa otwarta. Postanowiłem jednak bacznie śledzić, co się działo wokoło i odnotowałem rozmowę między panem parkingowym i dwoma młodymi ludźmi. Chłopaki wskazali na kasę i coś powiedzieli, a potem mężczyzna wykonał taki gest, jakby pokazywał im, że bilety mogą kupić trochę dalej. Zaintrygowany tym odkryciem postanowiłem, że i jak pójdę, bo w końcu co mi szkodziło:)). Przeszedłem kilka kroków i tak, oczywiście – moim oczom okazała się druga kasa (otwarta!) przy której stało kilkanaście osób. Pod płaszczykiem zainteresowania informacjami wyświetlającymi się na ekranie nad stoiskiem z biletami, wybierałem osobę, do której miałbym podejść i zapytać o sprawę, która mnie interesowała. Pech chciał, że przy każdym okienku stała jakaś osoba, więc sprzedający został mi narzucony odgórnie – wypadło na dziewczynę:P. Dowiedziałem się, że nie ma w sprzedaży biletów dla zwykłych śmiertelników, a jedynie socios mogą sobie pozwolić na taki luksus:]]]. Dodatkowo, pani nie posiadała informacji na temat tego, czy i jeśli tak to kiedy, będę mógł kupić bilety na sobotni mecz. Nie wiedziała nawet, że przysługuje mi 50% zniżki na bilet ligowy. Chyba będę zmuszony porozmawiać z ludźmi z Portugalskiego Związku Piłki Nożnej, bo taka sytuacja nie może mieć miejsca:D.

Po nieudanej batalii poszedłem do sklepu klubowego, gdzie zakupiłem szalik dla przyjaciela Macieja i poszedłem do sklepu spożywczego po zakupy na „polski wieczór” o zorganizowaniu którego dowiedziałem się dzień wcześniej:)). W międzyczasie dowiedziałem się od Beatki, że nie mamy tego dnia zajęć z Businnes Ethics, bo profesor Daniela zaniemogła. Nie powiem, żeby ta informacja mnie zmartwiła:]]]. Robert się śmiał, że nie dość, że nie mamy prawie w ogóle zajęć to jeszcze modliliśmy się, żeby nie mieć Business Ethics:]. Widać, że dawno temu skończył studia:P.

Gdy przyszedłem do domu zastałem Maszę całą się trzęsącą ze strachu. Nie wiedziałem o co chodzi – myślałem, że już jej tak zostanie, że jak będziemy wracać po dłuższej nieobecności to ona się będzie bać, że dostanie lanie:)). Wyszło jednak na jaw, że słusznie się trzęsła:]. Była tak spragniona biedaczka, że dobrała się do zostawionego przez B&R Ice Tea, które w całości niemalże wylała na fotel:P. Nie mój pies, nie moje zmartwienie – ja jej nie będę uczyć dobrego wychowania, więc tylko pogłaskałem ją i poszedłem przygotować sobie obiad:].

Gdy byłem na etapie gotowania ryżu wrócili „państwo młodzi”:)) z informacjami na temat biletów na wieczorną imprezę zatytuowaną Hi2party. Sam pomysł na imprezę był bardzo fajny – niech nasi włodarze wydziałowi nad tym pomyślą:P. Otóż, każdy uczestnik zabawy miał bransoletkę w jednym z czterech kolorów – zielony, żółty, biały i czerwony:)). Każdy z nich dotyczył stanu cywilnego właściciela, że się tak wyrażę. Zielony oznaczał – available, żółty – „powiem ci później”, biały – nie powiem, a czerwony – committed. Tylko Beatka z Robertem dali trochę ciała, bo pomyliły im się portugalskie nazwy kolorów i kupili 2 czerwone i 2 zielone. Poza tym nie wiem jaki problem byłby z wymieniem od razu;))). Najfajniej byłoby gdyby kupili po jednym z każdego koloru i zrobilibyśmy małe losowanie:P. O imprezie zaraz jeszcze napiszę:)).

Przed „polskim wieczorkiem” obejrzałem sobie jeszcze „Skazani na Shawshank” i ten film po prostu wcisnął mnie w łóżko. Można go określić jednym słowem – genialny!:]. Nie będę się rozwodził więcej na ten temat, bo musiałbym stworzyć dodatkowy raport poświęcony temu zagadnieniu:P.

Przyszła pani A. wieczorem i tak przez 2 godziny siedzieliśmy i rozmawiali – nie, to nie jest pomyłka, tam w słowie rozmawiali nie ma końcówki „śmy”:]]]. Było to jak przeżywanie po raz drugi tej samej rzeczy – de javú. Gdyby nie ludzie, kiełbasa z Polski i torcik wedlowski to nie wiem czy można by nazwać ten wieczorem – polskim:]]. Ja mam trochę inne wyobrażenie o takich wieczorkach, ale do nich potrzebni są ludzie w stylu Mateusza i Radka, którzy nie zostali zaproszeni:/.

Około północy wyruszyliśmy w podróż do Via Rápida, a na miejscu byliśmy przed 1. Gdy przeszliśmy przez bramki naszym oczom ukazał się niecodzienny widok – lokal był niemalże kompletnie pusty:]. Myślałem, że się rozpłaczę – zapłaciłem 6 euro, żeby zobaczyć jakiego koloru mają podłogę, nahhhh, w życiu;]. Jak rasowy paparazzi szukałem ofiar do sfotografowania, ale moja egoistyczna natura zadecydowała, że te obrazy powinny zostać w mojej głowie i nikt inny nie powinien ich widzieć:P [joke]. Weszliśmy na balkon, gdzie zajęliśmy jeden stolik, mając jednocześnie dobry widok na to, co działo się na parkiecie. W ten sposób minęło nam bardzo dużo minut, z upływem których coraz więcej osób pojawiało się na parkiecie. Gdy wreszcie pojawiły się sprzyjające warunki do zejścia na dół i wzięcia udziału zabawie – zeszliśmy na dół i wzięliśmy w niej udział:D. Po kilkunstu minutach stwierdziłem, że należy wykorzystać przyslugujący karnet na drinka, więc poszedłem do baru. Zagadnąłem sympatyczną panią barmankę i zapytałęm o szczegóły promocji – „możesz wziąć piwo lub drinka na kupon”. Opiszę drinka i piwo w kilku słowach. Portugalczycy chyba za bardzo wierzą w przypowieści biblijne i dla nich cud w Kanie Galilejskiej odbył się chyba przez zamienienie wody w piwo i tę tradycję kultuwyją w tutejszych klubach:D. Nie wspomnę też, że piwo jest serwowane w kubeczkach 0,3 l… Drink, drink natomiast jest podawany w bardzo wąskiej, ale wysokiej szklance, w której umieszczane są 3 kostki lodu, z których każda jest sześcianem o wymiarach 2×2x2 cm. Ciesz już mieści się jakimś magicznym sposobem:))). Piwo 1 euro, drink 3 euro – jeśli kogoś interesuje cena:]. Wracając do sympatycznej pani barmanki to w zaufaniu powiedziała mi, że lepiej jest według niej wziąć drinka niż piwo:]]]. Z trudnem powstrzymałem powagę i z niesamowitą wdzięcznością podziękowałem jej za tę cenną radę;)). Udało mi się jeszcze poprosić ją o zrobienie tego drinka tak – 1 kostka lodu, ¾ szklanki alkoholu, a reszta so. I tak też zrobiła – powiedziałem sobie, że od teraz już tylko do niej będę chodzić, ale niestety później nie udało mi się ją spotkać:P.

Wracając jednak do zabaway to z każdym kolejnym DJ’em muzyka stawała się idealna do zabawy i w pewnym momencie Robert rzucił hasło, żeby spełnić nasze marzenie z pierwszej imprezy w Via Rápida, a mianowicie, żeby wejść na bar i potańczyć trochę:D. Zmierzając w jego (baru) kierunku muzyka się zmieniła na taką, podczas której nie da się tańczyć na barze więc opóźniliśmy nasz taniec troszeczkę. Robert opóźnił go do tego stopnia, że może następnym razem podczas pobytu w Via Rápida uda mu się go wykonać:P. No cóż tu dużo mówić – ja się skusiłem:D. Bawiłem się świetnie, ale brakowało mi wsparcia rodaków:]. Trzeba będzie następnym razem ściągnąć większą ekipę:]]].

O godzinie 5 wyszliśmy z klubu i ok. 5:40 zawitaliśmy do domu, gdzie po szybkim prysznicu każdy obrał jeden kierunek – do łóżka:].

(Piątek 27.10) Piątek przywitał mnie strasznie mocno świecącym słońcem, co bez wątpienia było miłą odmianą w porównaniu z deszczowymi dniami, które nieprzerwanie pojawiały się od dobrego tygodnia. Kolejną miłą niespodzianką był telefon, który dostałem od pani z agencji zajmującej się organizacją turniejów sudoku. Otóż dzwoniła do mnie z zapytaniem czy zamierzam wybrać się na finał finałów do Lizbony. Przyznam się szczerze, że nie bardzo chciało mi się jechać ze względu na to, że na bilety w dwie strony Porto-Lizbona zaplaciłbym 31 euro, a poza tym nie za bardzo ćwiczyłem, więc jechać tylko tak, żeby jechać to mi się nie kalkulowało:]. Ale pani powiedziała coś czego wcześniej nie wiedziałem. Okazało się, że dla finalistów z Bragi i Porto jest podstawiony specjalny autobus, który o godzienie 9 zabierze ich sprzed centrum handlowego, w którym odbywał się ostatni turniej. Poza tym, dla każdego jest lunch i obiad zapewniony, no i oczywiście powrót. Jeszcze nigdy nikt nie sprawił, że w ułamu sekundy zmieniłem zdanie:]. Powiedziałem, że oczywiście przyjadę z przyjemnością:P. Pani jeszcze zapytała czy wiem jaka jest nagroda za 1 miejsce, a że nie wiedziałem to mi powiedziała – wycieczka do Pragi. Uświadomiłem ją, że to niedaleko ode mnie i nawet jak nie wygram to pewnego dnia sam sobie zrobię taką wycieczkę:]. Pośmialiśmy się trochę, podziękowałem uprzejmie i położyłem się dalej spać:D.

Trzeba przyznać, że wstałem dość późno i jak tylko usłyszałem, że Robert jedzie na wydział to w 5 minut byłem gotowy i zbarałem się z nim. Po 30 minutach musiał co prawda wracać, ale udało mi się załatwić kilka spraw. Najbardziej ucieszyłem się z waiadomości, że w dniach 28 listopada – 3 grudnia odwiedzi mnie przyjaciółka Sylwia:)). Już się nie mogę doczekać, paczek które przywiezie [joke] :D. Gdy wróciliśmy była godzina 15:P.

Beata z Robertem i Masza pojechali więc nad ocean, a ja zrobiłem najlepsze racuszki jakie kiedykolwiek udało mi się zrobić. To nic, że były to dopiero drugie w życiu:P. Obejrzałem jeden film i po 18 udałem się na spotkanie z Ukochaną – a tak mi się przynajmniej wydawało:]]. Wchodzę do sali komputerowej – moim oczom ukazuje się obraz przedstawiający moich dwóch kompanów – Mateusza i Radka myszkujących przy komputerach. Co za niecodzienne spotkanie. Ale lepsze jest jeszcze to, że w momencie przestępowania przez próg sali dostałem smsa od Mateusza, w którym pytał czy chcę iść z nimi na imprezę do znajomych. Jasne, że chce!! Bardzo miło z jego strony, że zapytał. Powinno być z ich strony, bo Radek gdyby tylko znał mój numer pewnie też by mi wysłał wiadomość:D. Za chwilę pojawiła się Celeste z problemem natury naukowej i po krótkiej burzy mózgów użyliśmy internetu i wszystko stało się nagle jasne:)). Celeste i pewnie inne osoby mają na wtorek przygotować jakiś case, który jest po angielsku w całości i tłumaczą wszsytko:]. Postanowiłem wykorzystać okazję i zadałem pytanie czy w najbliższą środę pójdziemy na afrykańską imprezę, ponieważ jest to dzień wolny, a taki był właśnie warunek, żebyśmy poszli:))). Celeste powiedziała, że nie pójdziemy dopóki najpierw nie nauczymy się tańczyć. W związku z jej pracą nad case’m przez weekend nie będzie kiedy poćwiczyć, ale środa to wprost idealny dzień, natomiast w piątek możemy iść na „african party” :))). Umówiliśmy się, że bliźniaczki odbiorą nas o 14:30 z wydziału i pojedziemy do domu Celeste:]. Wszyscy zostali zaproszeni – You Know Who (za dużo czytałem Harry’ego Potter’a :D) , Beata, Mateusz, Radek, Robert i ja:))).

Gdy już wszyscy znajomi opuścili salę komputerową okazało się, że nAMORada się nie pokazała (jeszcze), ale szczęście znalazło się kilku ochotników chcących spędzić ze mną kilka godzin i tak minęło ich aż 5, bo wyszedłem z wydziału o 23 :]].

Myślałem, że spóźnię się na spotkanie z Mateuszem i Radkiem i od razu zadzowniłem i przeprosiłem, ale o 23:30 nie ma mowy, żebym się zjawił. Przesunęliśmy termin o 15 minut, co okazało się znowu dla chłopaków niemożliwe do osiągnięcia i chyba dopiero po północy byliśmy w pełnym składzie:]. Oni uzbrojeni w 20 „oranżadek” Imperial, ja tylko w 6, bo tyle znalazłem w lodówce, a nie miałem gdzie kupić więcej:)). Po krótkim spacerku znaleźliśmy się na miejscu. Mieszkanie bardzo fajnie, strasznie dużo ludzi i świetna atmosfera. Były to urodziny koleżanki Mateusza z kursu portugalskiego, na którym był w sierpniu. Prawie wszyscy byli tam z tego kursu:]. Poznałem tam Mariolę, studentkę 5 roku socjlologii z Warszawy, która od 2 miesiący trzyma z Mateuszem i Radkiem. I tak we czwórkę bawiliśmy się razem od czasu do czasu wdając się w rozmowy z przewijającymi się osobami jak – Mateo (Italiano), Ewa (Niemka), Glenda (Italiana), Dziada (Italiana – chyba tak miała na imię:D), poza tym jeszcze było tam trochę ludzi z Francji, Hiszpanii i nawet chłopak z Angoli:]. Dziada się trochę na mnie obraziła, bo powiedziała, że jest z Sycylii, a ja od razu bez namysłu palnąłem kozanostra i potem przez cały pobyt tam wysłuchiwałem, że nikogo tutaj nie ma z mafii:]]]. Okazało się, że Mariola jedzie następnego dnia na wycieczkę i ma jedno miejsce w samochodzie wolne, a że chłopaki nie chcieli jechać – zaproponowała mi. Ochoczo się zgodziłem szczególnie ze względu na bardzo fajną trasę. Mieliśmy zwiedzić jakiś bardzo stary las z pięknym pałacem w środku, jakaś osadę z malowniczym widokiem i jeszcze kilka atrakcji. Wyprawa na 1 lub 2 dni. Wszystkie szczegóły zostały uzgodnione, więc zajęliśmy się dalszą zabawą. Radek przeprowadził akcję dywersyjną zakończoną w 100% sukcesem:]. Celem był sześciopak obcego piwa, ponieważ Imperiale rozpłynęły się z lodówki w jakiś niezbadany sposób:]. Około 3 impreza się dla nas zakończyła, ponieważ czekała na poranna pobudka:D. Całą trasę do domu pokonałem sam, na piechotę i zajęło mi to jakieś 25 minut. Nastawiłem budzik, ustawiłem 4 przypomnienia i modliłem się, żeby nie zaspać i stawić się o 7:40 w umówionym miejscu. Taaa, plany czasem udaje się zrealizować…:)

(Sobota 28.10) …(zzzziuuuu) wracam do świata żywych, otwieram oczy, szybki rzut oka na zegarek - 8:36 – aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!! Spoglądam jeszcze raz – 8:36 – AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!! Dlaczego!?!?!? No nic, rozpaczy wielkiej nie było:]. Wysłałem smsa z przeprosinami, że budziki nie stanęły na wysokości zadania, ale chyba nic by mnie nie zbudziło:]. W sumie dzięki temu mogłem wreszcie porozmawiać z Kasią przez pełne 2 godziny!;]. Ogromny plus:))).

Gadaliśmy tak długo, że spóźniłem się na umówioną godzinę do domu i chwała Beacie i Robertowi, że na mnie poczekali – złoci ludzie:]. Spóźniliśmy się właśnie o te 5 minut na kurs, ale w Portugalii to normalne, że ludzie się spóźniają:]. Nie wiem czy ogromny ból głowy, który miałem od samego rana, czy świadomość, że mogłem w tym czasie zwiedziać Portugalię spowodowały, że nudziłem się śmiertelnie na kursie. Maria Celeste nie potrafiła dotrzeć do mnie w żaden sposób, a to, że prawie nic nie rozumiałem z tego co mówi, jeszcze bardziej pogłębiało moją frustrację. Kurs to kurs, trzeba mówić wolno i wyraźnie, a nie tak jak w rzeczywistości – przynajmniej na początki:]. Jedynie podczas pisania liczb ze słuchu udało mi się jakoś skupić:]. Byłem niesamowicie wdzięczny kiedy skończyła się wreszcie ta udręka i pożegnawszy się ze współlokatorami udałem się śpiesznym krokiem na umówione miejsce, gdzie mięli mnie odebrać Radek z Mateuszem:].

Ze względu na to, że nie udało nam się dostać biletów na mec, wybraliśmy się obejrzeć go do pobliskiego pubu we trójkę:]. Mecz był świetny. W pierwszej połowie Porto strzeliło 2 bramki i strasznie naciskało na Benfikę, a w drugiej połowie… już nie oglądaliśmy z takim zapałem, bo zajęliśmy się bardziej rozmową, ponieważ wróciła Mariola i dzieliła się z nami wrażeniami z wyprawy. Wtedy trochę zacząłem żałować, że nie udało mi się pojechać w sczególności w momencie kiedy powiedziała, że przyszykowała dla mnie kanapki:]]]. Darmowy posiłek piechotą nie chodzi, hahaha:]]]. Bardzo miło z jeje strony. A wracając do meczu to potem Benfika strzeliła 2 bramki i dosłownie w 92 minucie Porto udało się zdobyć bramkę na wagę 3 punktów. Eksplozji na stadionie i w kawiarni nie da się opisać, po prostu trzeba to przeżyć:]].

Pożegnaliśmy się, podziękowałem chłopakom na końcu za spotkanie i zaproszenie i poszedłem do domu. Przechodząc obok kawiarni dosięgał mnie fantastyczny zapach jedzenia i kawy, a po drodze mijały mnie trąbiące samochody oraz kibice wracający z meczu:)). Całe miasto świętowało zwycięstwo:]. Zatrzymałem się wreszcie przy poczcie i udało mi się kupić kilka znaczków na kartki:)).

W domu Beatka opowiedziała mi, że oni też oglądali mecz w lokalu niedaleko uniwersytetu, a zanim się tam udali byli świadkami pokazu sztucznych ogni na placu Aliados – super:]. Robert myszkował coś na uniwersytecie. Natmoast ja już trochę zmęczonu, zjadłem kolację, spałaszowałem trochę lodów i udało mi się nadgonić trochę z pisaniem:]. Po czym zapadłem w błogi sen:].

Artykuły o podobnej tematyce