
Świat jest piękny!;). Leżę sobie właśnie na łóżku i upajam/upijam* się sukcesami dzisiejszego dnia, a z braku szampana raczę się Super Bock’iem:P (moja pierwsza butelka – a co, poszaleję!?). Na początku myślałem, że smakuje jak Tyskie, ale po dłuższym zastanowieniu doszedłem do tego, że bardziej jednak przypomina Carlsberg’a. Nie to, żebym był jakimś burżujem i wiedział jak Carlsberg smakuje, po prostu kolega mi powiedział;P. No więc zacząłem pisać i świętować, a powiem szczerze, że było co świętować!!:D. No ale może od początku;).
(Czwartek 21.09) Noc była straszna (nie tylko dlatego, że spędzona samotnie), ale przede wszystkim dlatego, że o 5 godzinie (w Polsce 6) zostałem obudzony przez Matkę Naturę, która postanowiła zmienić swoje oblicze z promiennego 30-stopniowego uśmiechu na pełne zimna, przeszywające do szpiku kości łzy, które wspomagane ciągłym wyciem wiatru dobijającego się do naszych drzwi i okien sprawiały, że człowiek chciałby się poczuć jak mały chłopiec, do którego zaraz przyjdzie Mama, zapali światło, pogłaszcze po głowie i da buziaka w czoło dzięki czemu wszędzie zapanuje błogi spokój… No może innym razem;))). O czym to ja pisałem…a! Tak, więc obudziły mnie odgłosy do złudzenia przypominające walenie pięściami o drzwi wejściowe. Szukając w zakamarkach pamięci c działo się wczorajszego dnia przypomniałem sobie, że przecież nie zamykaliśmy ani furtki, ani drzwi wejściowych na klucz. Mniejsza z furtką, bo pierwszy lepszy osobnik z łatwością mógłby przeskoczyć przez murek, ale gorzej z drzwiami wejściowymi. Zamknięte jedynie na odsuwany zamek mają tendencję do wyginania się w śmieszny sposób i gdyby użyć na nich większej siły to kto wie, co mogłoby się stać:P. No nic, udając że śpię leżałem w łóżku i czekałem, aż może zbudzeni ze snu Beata z Robertem zrobią coś w tej sprawie, jako że ich pokój znajduje się bliżej wejścia:P. Nie mogąc zasnąć czekałem zatem na czyjąś interwencję w tej kwestii. W moje serce wlała się nadzieja kiedy zobaczyłem nagle jakieś światło w miejscu, które było przedpokojem. Niestety. To przeciąg sprawił mi figla poruszając wreszcie moimi drzwiami tak, że zamiast ciemności mojego pokoju zobaczyłem światło w innym, które pojawiło się tam Bóg wie skąd:]. No nic, czekam dalej. Czekam, czekam, a tu nagle drzwi otwierają się z impetem i co!? Tylko lub aż Masza;). Przestraszyła mnie, nie ma co:]. Położyła się obok mnie na łóżku i tak leżeliśmy przez jakiś czas dopóki okno w moim pokoju nie otworzyło się samoistnie:|. Dziwne rzeczy… Co prawda nie daje się ono zamknąć na stałe (muszę o tym wspomnieć landlady), ale kto to widział, żeby z własnej nieprzymuszonej woli się otworzyło – magia albo duchy, albo jedno i drugie;). Wtedy przebrała się miarka – zapaliłem światło, wstałem (albo wstałem i zapaliłem światło – nie pamiętam:P), zamknąłem okno i wyruszyłem stawić czoła trzeszczącym od podmuchów wiatru drzwiom. Bardzo się zdziwiłem widząc rzecz, której do tej pory moje receptory wzrokowe nie wychwyciły. Otóż w górnej części drzwi znalazł się kawałek pręta, który można było wsunąć do góry dzięki czemu drzwi były szczelnie zamknięte zarówno na dole, jak i na górze. Hooray! Naprawdę jest to dość dziwne – może jakaś wróżka domalowała ten element drzwi, ponieważ wydało jej się, że tego właśnie będę potrzebować?:>. Poszukam jeszcze innych takich udogodnień:]. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku poszedłem do łóżka, dokończyć sen. O ile to właśnie to, co opisałem nim nie było;P.
Wstałem rano o 8:15, aby iść po świeże pieczywo. Chciałem wstać wcześniej, ale ciągle padał deszcz, a ja nie mam parasola, więc nie widziałem żadnego sensu;). Na szczęście o 8:30 przestało padać i śmiało mogłem wyruszyć do minimarketu Mini Preco. Po kilku minutach byłem na miejscu i… otwarte od 9:|. Pięknie, po prostu piękne. Nie będę stać, jak kołek, toteż poszedłem pozwiedzać okoliczne uliczki i zaobserwowałem (cenna obserwacja), że tutaj wszystko jest otwarte od 9 :D. Tutejsze dzieci mają po prostu cudowne życie, bo nikt nie gania ich o 6:30 po świeże bułki i chleb do sklepu. Poza tym zaczynają zajęcia w szkole po 9 i gdyby nie badania, które wykazały, że najwięcej analfabetów jest w Polsce i Portugalii to mógłbym stwierdzić, że taki system wychodzi im tylko na zdrowie i na wiedzę:]. No nic, wybiła 9, za chwilę pani otworzyła sklep i razem z dwójką innych klientów ruszyliśmy na zakupy. Zajęły mi one kilka minut, ale ku mojemu zaskoczeniu i przerażeniu nie było świeżego pieczywa!!!!!! Aaaaaaaaaaa. Znając życie to przywożą świeże pieczywo po 15 jak ponownie otwierają sklepy po to, żeby ludzie mieli świeże na kolację i w miarę świeże na śniadanie następnego dnia. Ech, dużo się jeszcze muszę nauczyć:P. Ciężko się będzie odzwyczajać od polskiej rzeczywistości:)))).
Wróciłem do domu i zaczęło znowu padać. Poniekąd jestem wdzięczny, że zostało mi oszczędzone przemoknięcie, ale doszedłem też do wniosku, że Matka Natura, jak każda matka, a co za tym idzie kobieta jest straszne zmienna i na jej łasce i niełasce zdanych jest wielu nieszczęśników;).
Kiedy Beata i Robert zastanawiali się co będą robić ja wiedziałem, jupi!!:). Zagrabiłem ich laptopa i słuchawki licząc na zwycięstwo w nierównej bitwie ze Skype’m (przegranej niestety:/) i na pozałatwianie zaległych oraz bieżących spraw. Wtedy też wysłałem też cieplutki raport, który przed kilkoma godzinami wyszedł był spod igły drukarskiej i wyruszył na spotkanie swoich adresatów:)))). Przed wyjściem dostałem też zadanie specjalne od Beaty, aby zanieść jej zdjęcie do International Relation Office do dr Elsy, ale to zostawiłem na koniec. Najpierw maile. Jednak jakiś diabeł podkusił mnie, żebym włączył gg no i kilka osób do mnie napisało (bardzo miło;P). Wśród nich znalazł się Maciek, który tu był rok temu i prosił, żeby przekazać dr Elsie albo prof. Danieli, żeby przesłały Transcripts of Records, ponieważ panie na Krakowskim Przedmieściu utrzymują, że nie może studiować, ponieważ nie zaliczył wszystkich przedmiotów w Portugalii. Kiepska sprawa, więc zgodnie z jego prośbą postanowiłem zaingerować, a że i tak miałem iść do dr Elsy to nie był to żaden problem;)).
Moja przygoda z internetem trwała troszkę dłużej niż się spodziewałem, więc tak przed 14 pojawiłem się w biurze. Doktor Elsa chciała mnie zbyć, że teraz nie pracuje czy coś w tym stylu, ale przed drzwiami nie było godzin, więc skąd mogłem wiedzieć:P. Generalnie powiedziałem szybko, że mam dla niej zdjęcie Beaty i drobną prośbę od przyjaciela. Kiedy zacząłem zdanie od „my friend” ona powiedziała to samo tylko po portugalsku, niejako zmuszając mnie, żebym mówił w tym języku - przebiegła kobieta:P. Ja jednak twardo obstawałem przy swoim i mówiłem tak jak mi było wygodnie:P. Zacząłem jej tłumaczyć całą sprawę, ale ona chyba w ogóle nie zrozumiała o co chodzi i pytała się o moje przedmioty, kiedy ja jej wyraźnie zaznaczyłem, że przyszedłem w sprawie kolegi :O. Prosiła, żeby kolega sam przyszedł w poniedziałek – nie przyjdzie psze pani, bo jest w Polsce i zaczyna tam niedługo studia :O. Zaczęło mi mówić, żebym porozmawiał z Susaną, która lepiej umie po angielsku (no doubt about it;)) i coś tam dalej zaczęła szukać. Poprosiłem ją wtedy o wysłanie zaświadczenia do mojej uczelni, że jestem u nich studentem, chociaż nie wiem po co im to, skoro sami wysłali do uniwerku w Portugalii faks, w którym była list 5 studentów z uniwersytetu, którzy zostali tam wysłani na studia. Widziałem siebie na liście, więc ocb (o co biega:P)?:>. Na szczęście przyszła Susana i udało mi się z nią jakoś porozumieć, ona powiedziała Elsie, co ma robić i znowu musiałem czekać. Zbliżała się już 14:25 a o 15 zamykali bank więc jakby nie patrzeć to trochę mi się spieszyło:D. Czekanie jednak miało swoje plusy (dostałem plakietkę UPT i zostałem obdarowany dwoma kartkami pocztowymi – wiem do kogo pójdą;)). Nie będę opisywać, co tam jeszcze załatwialiśmy, w każdym bądź razie wspomnę tylko o Pedro, którego poznałem pierwszego dnia po przylocie na uniwerku, a który to był u nas w Warszawie na wydziale na wymianie. On też pojawił się u Elsy i porozmawialiśmy przez chwilę. Wypytałem go czy miał jakieś problemy jeśli chodzi o pobyt w Polsce. Powiedział, że tak – z jedzeniem. W sumie na początku myślałem, że za dużo jadł czy coś w tym stylu, ale po chwili okazało się, że on tak jak ja teraz nie wiedział co zamawiać i kupować:D.
Wyszedłem około 14:40 i standardowym krokiem (ok. 7 km godzinę) poszedłem do banku. Przyszedłem jakieś kilka minut przed 15 i moje ucho wyłapało kobietę z banku, mówiącą całkiem przyzwoicie po angielsku. Takiej okazji się nie marnuje;). Kiedy uwolniła się od dwóch dziewczyn załatwiających sprawy związane z kartą, przystąpiłem do ataku:))). Powiedziałem, że chciałbym założyć konto w banku, a ona w odpowiedzi zainteresowała się dokumentami, które mam ze sobą. Były to paszport, fiscao numero, dokument stwierdzający, że będę studiować tutaj co najmniej 5 miesięcy i pani powiedziała, że to bardzo dobrze:))). Bardzo mi ulżyło, że nie pytali mnie o adres zamieszkania i o dokument potwierdzający ten fakt:P. Pani zapytała kiedy przyjechałem i zastanawiałem się czy to nie jakieś pytanie testowe, ale okazało się potem, że pytała dlatego, że po miesiącu Polacy zazwyczaj całkiem nieźle mówią już po portugalsku. Powiedziała mi, że ja będę lepiej mówić po portugalsku niż ona po angielsku. Na to ja – A senhora fala ingles muito bem. Ona wielkie oczy i – obrigada,
i powiedziała, że już nieźle sobie radzę:P. Dowiedziałem się natomiast, że nie dostanę od nich karty studenckiej ponieważ mój uniwersytet nie ma podpisanej z nimi umowy na takie świadczenia:/. Szkoda trochę. Mam nadzieję, że chociaż będę mógł korzystać z szkoły portugalskiego dla cudzoziemców, która znajduje się u nich na stronie. Muszę tylko dostać login i hasło i będzie pięknie. Na szczęście bank jest po drodze z domu na uniwerek, więc będzie zawsze okazja, żeby wpaść:]. Pani uprzejmie odpowiedziała na moje wszelkie pytania dotyczące kosztów związanych z kontem. Za wypłacanie pieniędzy kartą – nic, za prowadzenie rachunku – nic (do 27 roku życia, każdy kto zakłada konto nic nie płaci), za transakcje międzynarodowe – nic. Bałem się pytać dalej, bo okazałoby się, że jeszcze będą musieli dopłacać do tego interesu:D. Zapowiedziałem swoje przyjście jak tylko dostanę kartę (za tydzień około) i zostanę gruntownie przeszkolony jak z niej korzystać. Super:))). Okazało się, że jeśli chce się odnieść sukces to trzeba wszystko zrobić samemu. Takie to mądrości wychodzą na wierzch, muszę sobie to gdzieś zapisać:P.
Myślę, że 2,5 strony starczy na wydarzenia czwartkowego poranka i południa więc na tym chyba skończę i może pouczę się dalej portugalskiego, bo pani mi wysoko postawiła poprzeczkę – 1 miesiąc – walczymy:D.
(Piątek 22.09) W nocy była straszna burza, taka straszna, że jak rano poszedłem na uniwerek to zobaczyłem jakich zniszczeń dokonała:P. Jakieś zacieki na ścianach, na okna pozakładane jakieś folie, które stanowiły prowizoryczną rurę, po której woda ściekała do ustawionych niżej kubłów. Sodoma i Gomora:P. Standardowo rano zabrałem się do sprawdzania, co się dzieje na świecie, usunąłem słabe jakościowo zdjęcia z galerii i przypomniałem sobie, że nie napisałem w ostatnim raporcie jak się nazywała ta tradycyjna potrawa. Chodziło oczywiście o bakalau i zostało poprawione:)). Podczas drogi na uniwersytet zobaczyłem plakat, który reklamował event odbywający się w Porto – Międzynarodowy Festiwal Marionetek, a kończący się 24 września. Bardzo mało czasu zostało więc postanowiłem sprawdzić, czy jest to coś czemu można poświęcić choć trochę uwagi. No i też takim czymś się okazało. Najprawdopodobniej sobotnie popołudnie spędzę właśnie na mieście podziwiając sztukę i robiąc fotki, jeśli oczywiście pogoda na to pozwoli:)). Dodatkowo na sobotę zapowiedział swój przyjazd kolega z wydziału, który studiuje w położonym niedaleko na granicy portugalsko-hiszpańskiej – Vigo. Zatem na sobotę plany mniej więcej są już ustalone:)).
Przechodząc pierwszy raz trasę na uniwersytet w oczy rzucił mi się wielki banner, który informuje wszem i wobec o Porto Sudoku Challenge. Jakoś przez te kilka dni nie miałem siły woli, żeby sprawdzić o co w tym chodzi, aż w końcu zebrałem wszystkie siły i wracając w piątek ze szkoły wstąpiłem do centrum handlowego, w którym to stoisko się znajduje;). 8 wielkich telewizorów (ok. 30”), podpięte klawiatury, wygodne fotele i wszystko w bardzo przykuwających oczy kolorach. Reguły okazały się całkiem proste. Zaczyna się grę od 1 poziomu, na który ma się 7 minut – jest on całkiem łatwy, pod warunkiem, że ktoś nie pomyli się wciskając klawisze na klawiaturze. Ja generalnie nie jestem przyzwyczajony do rozwiązywania Sudoku na komputerze, znacznie lepiej mi idzie na papierze, gdzie mogę na marginesach zapisywać brakujące cyfry i nie muszę potem tracić czasu, żeby sprawdzać jakie mogę w dane miejsce wstawić. No nic, trudno:)). Po przejściu poziomu 1 przechodzi się do poziomu 2 (rozgrywanego tylko w godzinach 15-16) i zazwyczaj gra się go z przeciwnikiem (który ma tę samą planszę i siedzi po przeciwnej stronie), ale jeśli akurat nikogo nie ma to gra się samemu. Za pokonanie tego etapu otrzymuje się książkę o Sudoku – nie wiem tylko czy jest to jakiś podręcznik czy po prostu zbiór gier. Na grę na tym poziomie ma się 12 minut i jest ona znacznie trudniejsza. Następnie jest poziom 3 (w godzinach 18-19), który również gra się z przeciwnikiem (ile trwa nie wiem, bo nie doszedłem;)). Za jego pokonanie otrzymuje się pen drive’a i przechodzi się do finału, który będzie 1 października. Nie wiem jaka jest nagroda za 1 miejsce, ale jeśli dobrze zrozumiałem to za 2 jest mp3 player. Całkiem fajnie;).
Postanowiłem spróbować swoich sił, zarejestrowałem się i udało mi się ukończyć poziom 1 na minutę przed końcem. Następnie zmagałem się z jakimś Portugalczykiem na poziomie 2. Niestety ani jemu, ani mnie nie udało się ukończyć tego etapu – za mało czasu:/. Pozytywną sprawą jest to, że można przychodzić i grać do skutku, ale poziom 2 można grać tylko raz dziennie, więc zagrałem 1 poziom jeszcze raz i dostałem przepustkę na poziom 2, ale pani poinstruowała mnie, żebym przyszedł jutro o 15 najlepiej, co też oczywiście uczynię:P. Ta książka jest w zasięgu ręki, więc czemu by nie spróbować?:>. Ściągnąłem z internetu kilka plików Worda z różnymi poziomami trudności i będę miał teraz co robić przez weekend;).
A na marginesie dodam, że moja skromna osoba wywołała delikatne zamieszanie na stanowisku, zapewne przez moje nietypowe imię i nazwisko;), ponieważ panie zachodziły w domysły skąd mogę pochodzić. Gdy wychodziłem, najodważniejsza zdecydowała się zaryzykować i zadać mi bardzo niedyskretne pytanie (bo to byłoby jak zapytać kobietę ile ma lat;)), który kraj jest krajem moich przodków. Odpowiedziałem – Polska, a po Sali przeszedł szept niosący słowo – polaco – z niejakim podziwem i uznaniem;).
(Sobota 23.09) Zrobiłem sobie kilka dni przerwy w pisaniu i zgubiłem wątek;). Aaaaa, tak sobota… Nic szczególnie ciekawego rankiem się nie działo, a całe niebo było spowite brudnymi, szarymi chmurami, które wszem i wobec ostrzegały wszystkich, że lada chwila będą wyżymać swoje ubrania, jeśli będą mieć pecha.
Ja doskonaliłem swoje umiejętności sudoku i starałem się wpaść na jakiś system, który umożliwiłby mi bardzo sprawne poruszanie się po diagramie, dzięki czemu zyskałbym przewagę nad konkurentami. Pewnego razu myślałem, że nawet mi się udało, ale grając coraz więcej i więcej, nie zyskiwałem nic, prócz wydłużającego się czasu ukończenia sudoku:/. Ale to pewnie zmęczenie;). Doczekałem do 14 i zacząłem się szykować do wyjścia, błagając aurę, żeby była dla mnie bardziej wyrozumiała. Nie pamiętam czy wspominałem, ale deszcze mają tutaj zaskakującą tendencję do padania niemalże poziomo, a niektórzy co starsi tubylcy są w stanie założyć się o wszystko, co chcieliby mieć, że czasem deszcze leci ku górze;).
Punktualnie o 15 pojawiłem się w Sao Joao Comercial i zostałem przywitany przez słowa – Leslaw, co nie będę zaprzeczać, bardzo mnie ucieszyło;P. Stanąłem w szranki z pewnym starszym ode mnie jegomościem, który okazał się za szybki dla mnie i ukończył diagram w momencie kiedy zostało do końca jeszcze 5 minut. Cóż pech. Na szczęście dobrze wyedukowany przez doktora Staniława K. (legenda WZ UW:)) wiem jak sobie radzić w takich sytuacjach i w mojej głowie nie było żadnej negatywnej myśli, a jedynie słowa – „jutro też jest dzień, w którym dostaniesz kolejną szansę na grę”. Jest, a jak!;).
Wróciłem więc do domu na tarczy i zacząłem planować wyprawę na festiwal, ale nie wiedziałem gdzie znajduje się Praca D. Joao I, więc gdy tylko pojawił się Miguel postanowiłem, że wreszcie nadszedł czas, aby wykorzystać kolejne zwroty z szybko rosnącego repertuaru języka. To nic, że mało co rozumiem z ludzkich odpowiedzi;). Posiłkując się planem, zdołał wskazać mi pożądane przeze mnie miejsce. Udało się, można ruszać.
Pojechał metrem na stację następną za Trindade (nie pamiętam nazwy, a nie chce mi się szukać na planie teraz) i wyszedłem na powierzchnię na pięknym placu, który tak obficie obcałowałem fotografiami. Kręciłem się tam przez 15 minut, co może nie do końca pozwoliło w pełni nacieszyć się widokiem, ale jak na pierwszą randkę to może wystarczyć. Ruszyłem na poszukiwania zaginionego placu, na którym miała się wiele dziać. Pospacerowałem czarującymi uliczkami i w końcu po kilku minutach trafiłem, ponieważ plac znajduje się niedaleko stacji metra, na której wysiadłem. Zgodnie z harmonogramem w tym czasie powinien mieć miejsce „speakers square” i miał!! Na początku trochę nie wiedziałem o co chodzi, ale kiedy zgrałem to, co widzę, z tym, co słyszę wszystko stało się nagle jasne:))). Otóż z wejścia do teatru Rivoli (mam nadzieję, że tak się nazywa) wylewał się po schodach czerwony dywan (na początku myślałem, że ktoś po prostu się postarał, bo wiedział, że się zjawię;)), który biegł dalej i dalej, aż kończył się na prowizorycznym pomoście na samym placu. Jak się okazało była to imitacja języka, a głośniki porozstawiane wokoło wyrzucały z siebie odgłosy jedzącej kobiety:))))). Wszystkie przeróżne odgłosy jakie można usłyszeć w trakcie jedzenia, a czasem także po nim:]. W końcu jeśli to trwało całą godzinę, to nie może ona cały czas tylko przeżuwać, ale robić coś innego, a co za tym idzie wydawać też inne odgłosy. Bardzo fajna inicjatywa i przysparzająca wiele radości wszystkim, którzy pojawili się na placu. Jako że reszta przedstawień była płatna, a ja za bardzo ich nie znałem (nie wspominając o możliwości ich zrozumienia;)) to nie zdecydowałem się zaryzykować 10 euro, które trzeba by wydać.
Ruszyłem więc na dalsze, piesze zwiedzanie, bo pogoda sprzyjała i można było sobie pozwolić na odrobinę relaksu;). Trafiłem na jakiś deptak – taka ichniejsza Chmielna w Warszawie albo Piotrkowska (mam nadzieję, że tak – zawsze zapominam jak się nazywa) w Łodzi:)). Najlepsze sklepy po lewej i po prawej stronie – Fly London, London Style, Swrovsky, Zara, Benetton itp., itd. Ludzi też było strasznie dużo i wszyscy zazwyczaj chodzili z uśmiechami na twarzy (u mężczyzn nie zauważyłem;)) i torbami pęczniejącymi od wielkiej ilości zakupów. Ceny niektórych rzeczy są jak to często bywa bardzo przesadzone, ale zdarzały się też całkiem tanie, a poza tym to są zbliżone do tych w Polsce. Przynajmniej jeśli chodzi o te „renomowane”, markowe sklepy:)). Ta ulica ma jednak jeden minus – nie ma tam Reserved;). No i tak na zwiedzaniu minęło mi 2 godziny, zaczynało się już powoli ściemniać, w międzyczasie padał deszcz, więc postanowiłem wrócić i dowiedzieć się, jak B&R upłynął im czas;). Jak się okazało spędzili go bardzo owocnie. Mianowicie udali sią, aż za rzekę do pobliskiej Gai, żeby podziwiać owoce pracy winnic;). Podziwiali piękne widoki, robili zdjęcia, zjedli smaczny posiłek i generalnie całkiem przyjemnie spędzili czas:))).
Po pogaduchach wieczornych każdy udał się do swojej sypialni i na zasłużony odpoczynek.
(Niedziela 24.09) „Niedziela będzie pełna niespodzianek” – to były pierwsze słowa, jakie pojawiły się w mojej głowie po tym co zobaczyłem pierwszy raz otworzywszy tego dnia oczy. To co zobaczyłem sprawiło, że na mojej skórze wystąpiła gęsia skórka, włos zjeżył się, jak u kota, który szykuje się do walki, całe ciało przebiegł dreszcz, a doliną kręgosłupa popłynęła strużka zimnego potu. W głowie zaczęło kłębić mi się od złowieszczysz myśli, sumienie nie dawało mi spokoju, umysł pracował na najwyższych obrotach (szkoda, że nie jest tak w trakcie gry w sudoku;)) szukając rozpaczliwie jakiejś drogi wyjścia z patowej sytuacji i jednocześnie okoliczności łagodzących dla niegodziwego występku jakiego się dopuściłem. Nie mogłem zrozumieć, jak w ogóle mogło dojść do takiej sytuacji. Przecież drzwi wejściowe były szczelnie zamknięte, wiem dobrze, bo sam sprawdzałem i zamykałem przed pójściem do łóżka. Okno, no dobra, może nadal się nie zamyka, ale nie znam jeszcze śmiałka, który chciałby biegać po dachach, skakać z wysokości, wdrapywać się po ścianach. Ech, no znam, ale nie było żadnych miłośników „le parkur” w pobliżu;). Pozostała jeszcze taka ewentualność, że B&R zrobili mi psikusa i w zmowie postanowili zrobić mi taką niespodziankę. Aż mnie dreszcze przechodzą na wspomnienie tamtych chwil. Pewnie zastanawiacie się, co takiego się wydarzyło. W sumie to nic takiego, czego można by się wstydzić albo czego można by nie chcieć. Otóż na moim łóżku po przebudzeniu znalazłem śpiącą kobietę… Nie wiem, jak i kiedy się pojawiła właśnie na moim łóżku, bo jak już pisałem wcześniej byłem bardzo zaskoczony samym faktem jej objawienia się w pokoju. Nie wiem też czy w związku z tym będą grozić mi jakieś konsekwencje, ale jedno jest pewne – Masza wygląda słodko, jak śpi;)))))))).
To tyle jeśli chodzi o słowo na niedzielę:P. Potem nastąpiła zwykła rzeczywistość dnia, czyli mycie, śniadanie i rozmowy, zatem czynności, którym nie należy poświęcać zbyt wiele czasu;). O godzinie 15 stawiłem się jak zwykle ostatnimi czasy (jest to już niejako moja tradycja;)) w punkcie sudoku, aby kolejny raz zmierzyć się z samym sobą i przeciwnikiem podarowanym przez los. Tym razem los zakpił sobie ze mnie okrutnie, ponieważ w pierwszym momencie kiedy zobaczyłem tego wysokiego mężczyznę w okularach odniosłem nieodparte wrażenie, że z nim właśnie przyjdzie mi się zmierzyć:). Na dodatek biła od niego jakaś tajemnicza aura, która otaczała jeszcze jedną osobę, którą spotkałem w moim życiu – mężczyznę ukrywającego się pod wielce znaczącym pseudonimem „A Black Horse”;). On rozwiązuje sudoku na poziomie diabelskim (najwyższym) w średnio 25 minut, a jego rekord to 5… :|. Sami widzicie zatem, że w momencie kiedy usiadł naprzeciwko mnie wszystkie moje nadzieje rozwiały się, jak dym nad kuchenką wciągnięty przez pracujący nad nią wirnik… Jednak tak tanio, powiedziałem sobie, skóry nie sprzedam! Mój rekord na tym poziomie w domu to 5 minut, ale to są całkiem inne warunki. On zrobił w 6, a mi zabrakło 2 minut, żeby być lepszym. 2 minut, 120 sekund, cała wieczność. Kiedy mu pogratulowałem, powiedział, że to nic takiego, co jeszcze bardziej mnie podłamało;P. Jednak potem to mi przypadało w udziale niszczenie w ten sposób przeciwników:)))). Ale o tym później w oddzielnej sekcji:P. Skoro przegrałem, dlatego można powiedzieć, że wieczór miałem wolny:)). Postanowiłem więc iść na Bread&Puppet Show, który wystawiany był przez jakiś amerykański teatr. W przewodniku kulturalnym po Porto napisana była godzina 21, ale dzień wcześniej na ulotce, którą dostałem widniała godzina 18, więc miałem dylemat, co wybrać. Wybrałem ulotkę, bo na zdrowy rozum była ona robiona stosunkowo niedawno w porównaniu z owym przewodnikiem, który obejmował 3 miesiące – lipiec, sierpień i wrzesień. No i udało się zdążyć idealnie na sam początek:))). Nie wiem nawet dokładnie ile trwał spektakl, ponieważ byłem tak zaaferowany, że zapomniałem sprawdzić. Myślę, że było to około 1 godziny. Zdjęcia z tego wydarzenia znajdują się w odpowiednim albumie na stronie ze zdjęciami. Poza 2 Amerykanów resztę ekipy stanowili tubylcy, którzy jak się okazało ćwiczyli tydzień pod czujnym okiem przybyszów zza oceanu. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze im wyszło, ludzi się śmiali i ja pewnie też, gdybym jeszcze cokolwiek rozumiał, z tego co mówili;P. Naprawdę jednak mi się podobało:))). To tyle atrakcji jeśli chodzi o niedzielę:).
(Poniedziałek 25.09) Poniedziałek rozpoczął się od niemiłej niespodzianki, ale tak poza tym to zapowiadał się całkiem obiecująco. Zaczęliśmy wreszcie poszukiwania jakiegoś kursu i udało nam się znaleźć 2. Jeden z powodu nieznajomości angielskiego przez ludzi z instytutu musieliśmy na razie odpuścić (do soboty – 30.09), ale kolejny został zlokalizowany na mapie i wyruszyliśmy. Mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem go, ponieważ nie był zaznaczony na mapie, a znaliśmy tylko ulicę, na której się znajduje. Na szczęście, przez przypadek trafiliśmy do „science department” i tak jakiś miły pan z bardzo dobrym angielskim akcentem powiedział nam gdzie mamy się udać. Dodatkowo dowiedzieliśmy się o jakiejś bijatyce na Węgrzech, co pewnie normalnie by do nas nie dotarło:P. Trafiliśmy do Universidadte Letras do Porto i kolejna niemiła niespodzianka – wrrr, przerwa na lunch jest tutaj od 12 do 14 i wszystkie gabinety są pozamykane w tym czasie. No, a my oczywiście idealnie o 13 się zjawiliśmy:/. Spisaliśmy adresy mailowe zapisane przy drzwiach i pojechaliśmy do domu, bo o 15 przecież sudoku czekało;P. Maile zostały wysłane do odpowiednich ludzi, ale poinformowano nas, że zapisy się już skończyły i niestety nie możemy się zapisać:/. Cóż pech, pozostaje jeszcze inna lokalizacja do sprawdzenia:)).
Natomiast sudoku sprawiło mi miłą niespodziankę, ponieważ tym razem to mi udało się pierwszemu ukończyć grę i to w rekordowym czasie – coś ok. 5 minut. Byłem z siebie taki dumny, a na dodatek mam pamiątkę z Portugalii – książkę z sudoku na każdy dzień w roku:)). No i dodatkowo awansowałem na level 3:). Tam już 30 minut i gra się aż do wyeliminowania wszystkich grających zawodników, no chyba, że wyeliminują się sami nie ukończywszy gry:]]]. Była nas czwórka i trafiłem na całkiem przyzwoitego przeciwnika, ale żadnemu z nas nie udało się ukończyć. Ciężki zestaw dostaliśmy. Pochwalę się (jeśli w ogóle jest czym:)), że byłem bliższy dokładnego rozwiązania. Później postanowiłem powalczyć o level 2 i zagrałem przeciwko mojemu przeciwnikowi z levelu 3. Chciałem go trochę postraszyć, żeby poczuł respekt przed następnym spotkaniem, a nie wątpię, że takie nastąpi. Zrobiłem sudoku w 3 minuty (najłatwiejsze:P), ale na jego twarzy widziałem ogromne zdziwienie, tak więc odebrałem moją przepustkę i z podniesioną głową ruszyłem do domu:P.
A, byłbym zapomniał na śmierć, że w poniedziałek o 15 miało się odbyć spotkanie erasmusów w biurze Elsy i Susany, no i się odbyło tylko tych erasmusów było raptem 2 (Beata i jakaś hiszpanka) i tyle:P. Zostały skarcone, że jeszcze się nie zapisały na zajęcia, a które już się właśnie dziś zaczęły. Ups;P.
(Wtorek 26.09, środa 27.09) Wtorek i środa to jakieś takie mało istotne, jako że dniem za dniem mijał, sprawiając, że data finału sudoku stawała się zadziwiająco szybko zbliżać, a ja jeszcze nie zapewniłem sobie w nim startu:)). We wtorek życie przydzieliło mi dziewczynę, koleżankę tej, z którą wygrałem poprzedniego dnia. Takie tam 15, 16-latki. Widziałem, że pokazują mnie palcami i coś tam do siebie mówią, co zapewne było przestrogami przed groźnym przeciwnikiem:P. Jak zasiedliśmy do gry to z początku szło mi całkiem nieźle, ale potem się zaciąłem. Nienawidzę tego:[[[. Nie mogę się potem kompletnie skupić, a mój umysł się rozpływa na wszelkie strony. Chcąc się trochę zrelaksować postanowiłem zrobić dziewczynom żarcik i w pewnym momencie widząc, że jedna z nich na mnie patrzy zrobiłem celowo ruch w kierunku klawisza „s”, który wciska się, chcąc zakończyć grę. Pozostało wiele czasu, więc zobaczyłem ogromne oczy zdziwienia na twarzy:D. I potem zacząłem się śmiać, a ona razem ze mną. Jestem okropny:]. Nie dłużej niż 2,3 minuty zmagałem się jeszcze kiedy nagle zobaczyłem, że moja przeciwniczka skończyła i to z powodzeniem… Ładnie, czmychnąłem stamtąd czym prędziej:P. Dowiedziałem się następnego dnia od mojego byłego przeciwnika, że ona wygrała 3 level i zrobiła sudoku w 5 minut:O. To musiały być jakieś czary albo miała niewiarygodne szczęście:D. O środzie nie ma co w ogóle wspominać, ponieważ ani przeciwnikowi, ani mnie nie udało się ułożyć cyferek w odpowiedniej kolejności:)).
(Czwartek 28.09) Czwartek natomiast, czwartek to był dopiero ciekawy dzień. Pierwszy od dawien dawna anielski głos Kasi popłynął dzięki słuchawkom i „skajpie” wprost do moich spragnionych uszu:)). Potem krótka przerwa na obiad w domu, skok do Campus S. Joao i walka w sudoku, zakończona tym razem zwycięstwem:P. Dowiedziałem się, że mogę liczyć na „dziką kartę” i znaleźć się nawet w finale nie przechodząc przez level 3. Kurcze nie lubię się tak kuchennymi drzwiami składać, ale (jak się okazało) nagroda za 1 miejsce w postaci laptopa jest zbyt kusząca:P. Poza tym jestem już tam niejako legendą, ponieważ panie nie znają innego desperata, który przychodziłby codziennie i zmagał się z taką zawziętością, jak ja. Teraz słowa Lesław wypowiadane przez nie (z ogromnym szacunkiem i niemalże czcią) budzą słuszny respekt:P. Przestały już mówić Lezlo, Lesla albo Lesaw, teraz Ł weszło do ich słownika na dobre, jak kiedyś słowo „efemeryda” do mojego:P. Jakiś mądry (chciałem napisać pan, ale mógłbym zostać posądzony o niecne praktyki) osobnik nieznanej płci powiedział kiedyś – „heroes get remembered but legends never die” i właśnie chciałbym zostać taką legendą – 1 Polak, który wygrał Porto Sudoku Challenge. Dobra, już się obudziłem:P. No więc zniszczyłem level 2, zainkasowałem premię w postaci soczku pomarańczowego i udałem się zakupić nowego napastnika do hattrick’a:P.
Na 16 było zaplanowane spotkanie z Danielą, naszą koordynatorką, ponieważ chcieliśmy się dowiedzieć, co i kiedy mamy wybrać. Jak się okazało w gabinecie oprócz niej była grupka portugalskich studentów, którzy przyszli nas przywitać. Raczej zostali, jak na mój gust, do tego zmuszeni, bo poza „hi” to nic więcej od nich nie usłyszałem. Dodatkowo była tam Agnieszka z Poznania, która jest na 5 roku i mieszka w tym mieszkaniu, które chciała nam Daniela wcisnąć. Biedna dziewczyna… 200 euro + opłaty:/. No i nic dziwnego, że mieszka na razie sama, skoro nikt inny nie chce wynająć drugiego pokoju za 300 euro + opłaty. Skandal!:P. Później przyszedł jeszcze Mateusz, którego poznaliśmy wcześniej i który jak się okazało wcale nie jest z Poznania, a z Warszawy:]. No i był z nim kolega Radek z jednoczesnych studiów ekonomiczno-menedżerskich. Dowiedzieliśmy się, że ma pojawić się też grupa studentów z Lublina, którzy zazwyczaj dość licznie nawiedzają ten uniwersytet. Więc nasza mała polska kolonia rośnie w siłę:P. Nic szczególnego się więcej nie dowiedzieliśmy, a Daniela nie mając już dla nas czasu zorganizowała nam sightseeing tour po uniwersytecie, który już sami poznaliśmy na własną rękę. Jednak nie ładnie było odmówić i kolejny Pedro, wraz z koleżanką, oprowadzał nas pokazując nam miejsca przez nas dobrze znane. Zapomniał pokazać, gdzie są łazienki, ale zostało mu to wybaczone:]. Następnie udaliśmy się na zajęcia do Danieli z Business Ethics – jedyne zajęcia, które mogą być po angielsku, zaliczenie jest dość łatwe, ale obecność na zajęciach obowiązkowa:/. Jednak jakby nie patrzyć to całe 6 pkt ECTS, czyli 1/5 mojego planu semestralnego, hmmm, pomyślę nad tym:]. Wchodzimy do sali, a tam same dziewczyny, lol:]. Pytam czy chodzą tutaj jacyś chłopcy, no i jak za dotknięciem magicznej różdżki otwierają się, a w nich staje przedstawiciel płci męskiej. Ufff, jest nadzieja:]. Następnie zaczęliśmy się przedstawiać i kolejne problemy z moim imieniem – napisałem nawet na tablicy LESŁAW i zrobiłem mały konkurs w wymawianiu mojego imienia. W chwili uniesienia napisałem nawet na tablicy dla ułatwienia LeSuav (ukłon w wiadomym kierunku:)), ale chyba najprawdopodobniej przyjmie się „Les”;P. Zobaczymy:P. Zapytałem czy mam napisać numer telefonu, ale odpowiedziały mi jakieś nieśmiałe chichoty:P. Gdy już ten nudny ceremoniał przedstawiania się dobiegł końca Daniela zaczęła mówić, żebyśmy się bratali z Portugalczykami, ponieważ właśnie wyjazdy na erasmusa powinny tak wyglądać, że brata się z ludźmi zamieszkującymi dany kraj. Opowiedziała o inicjatywie studentów portugalskich w ostatnim roku, którzy na własną rękę zdecydowali się uczyć studentów z erasmusa języka portugalskiego. Mam nadzieję, że i w tym roku znajdą się tacy śmiałkowie:P. Zostaliśmy zaproszeni na 3 dniową imprezę, która odbywać się będzie w dniach 3,4 i 5 października. Początek imprezy jest o 1 w nocy :O. Nie wiem na razie, co i jak, ale pewnie niedługo się dowiem. Na razie dostałem od Celeste (z Cape Verde, jeśli dobrze rozszyfrowałem – jakieś wyspy koło Afryki;)) mapę, która na pewno w znaczący sposób pomoże nam trafić do klubu:P. Nie wiem jak się nazywa ta impreza, ale ze słów jakie wypowiadali wychwyciłem coś, co brzmiało mniej więcej, jak – „fiesta za garażem” – to nie jest tłumaczenie, tylko brzmienie portugalskiego:P. Jeszcze się okaże, że będzie tak wyglądać:D:D:D. Zgarnęliśmy jeszcze namiar do Sofi, która przewodziła grupce 3 dziewczyn, których zachowanie niechybnie ściągało uwagę wszystkich na około. No to może mniej więcej tak będzie wyglądać moja nowa grupa:D. A, chłopak ma na imię Vitor i nie odezwał się ani słowem. 3 lata z tymi kobietami zrobiły swoje, nie ma co:D:D:D.
Zbliżała się godzina 18 więc szybko wyskoczyłem z uniwerku i udałem się na rozgrywki sudoku. Było aż 5 par, strasznie dużo:/. Zobaczyłem diagram, ruszyłem, stanąłem i tak przez 30 minut tylko patrzyłem, gdzie coś wstawić. Nic, zero, nada!:////. Aaaaaaaa, to jest jakiś koszmar. Patrzę na mojego, już przyjaciela i co widzę, po 20 minutach ma wstawionych przez siebie tylko cztery 7, skandal. Zaryzykowałem z 4 cyframi i potem już poszło, zawsze tak jest, że nie wolno się zatrzymać, bo traci się pęd;). Moje założenia okazały się dobre tylko do 2, a potem zaczęły się już schody i nie mogąc znaleźć błędu poddałem się, a z miny mojego przeciwnika wywnioskowałem, że jemu też się nie uda tego dokończyć. Jak spojrzałem na grających to 6 z 8 osób (są 4 stanowiska) siedziało z założonymi rękoma i patrzyło w ekran! Koszmarne zestawy nam zaserwowali!!:/. Podszedłem po skończonej grze to mojego przeciwnika zagadnąłem czy zna angielski i zaczęliśmy sobie gadać, potem jeszcze wziąłem mojego przyjaciela na spytki i tak roztrząsaliśmy niesprawiedliwość z jaką nas potraktowano. Nawet wsparcie pań obsługujących stoisko nie pomogło:)). Ale nic to mam, swoich znajomych od sudoku i jesteśmy umówieni na piątek, żeby kolejny raz zmierzyć się z własnym ociężałym umysłem:]. Tak więc 256MB pen drive musi jeszcze poczekać, oby nie długo:P. Trochę dużo miłych wrażeń, jak na jeden dzień, więc trzeba było się pomęczyć ćwicząc i tak też minął po części wieczór. A teraz już jest piątek, więc kończę pisać i kładę się spać:].
(Piątek 29.09) W piątek na 13:30 byłem umówiony z Danielą w celu uzyskania jakiś wskazówek, co do wyboru przedmiotów na zaliczenie. Z początku potraktowała mnie chyba jako jakiegoś rasowego szczura (nikt ze mną nie przyszedł, bo nikomu się nie chciało) i delikatnie zapytała mnie czy nie chciałbym brać tych samych przedmiotów co moi koledzy. Ależ tak, psze pani, bardzo chętnie, tylko oni też nie wiedzą, co brać i dlatego przyszedłem się zapytać, co by nam mogła pani doradzić w tej sprawie. Oczywiście weźmiemy pani rekomendacje pod uwagę i wybierzemy tak, żeby nam najbardziej pasowało. Ufff… Żeby tłumaczyć takie podstawowe rzeczy…:)). No więc udaliśmy się do niej do gabinetu i udało mi się zdobyć coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się nie do zdobycia. Chodzi oczywiście o godziny zajęć wykładowców i ich dyżury. Tutaj jest taka dziwna maniera, że jest gabinet, na którym jest jedynie imię i nazwisko wykładowcy i tyle. Nie ma, co to za katedra, w jakich dniach i godzinach urzęduje, nic, nada:/. Ale na szczęście udało mi się z iście lisią przebiegłością to wyłudzić od Danieli. Kolejny absurdalny dla mnie zwyczaj zostanie przełamany przez niedobrych Polaków. Ja nie potrafię sobie wyobrazić jak mam wybrać sobie przedmioty nie znając wykładowców, sposobu zaliczania i tego jak wyglądają zajęcia. Tutaj jestem do tego zmuszony. „Choose your subjects and than talk to professors” powtarza do znudzenia Daniela. Ta, jasne i pewnie jeszcze Big Mac’a i duże frytki:P. Ja mam zamiar zrobić to w trochę innej kolejności (skoro znam już wszystkie godziny i dni) i na pewno nie będę czuć wyrzutów sumienia, że zrobiłem inaczej:))). Wybiorę sobie takie przedmioty, które wśród swojej bogatej treści merytorycznej pozwolą mi także cieszyć się dniami wolnymi od szkoły. W końcu ktoś powiedział, że Erasmus to szkoła życia, więc ja przechodzę przez swoje życie tak jak chcę:)). Potem Daniela poznała mnie z Mateo – prowadzi zajęcia z corporate finance, czyli generalnie interesujący mnie przedmiot, ale niestety na 2 semestrze dopiero możliwy do wybrania. Bardzo sympatyczny jegomość:)). Porozmawialiśmy sobie o piłce nożnej – śmiał się, że przegraliśmy nawet z Finami, FINAMI!!! Skandal:P – tak mu powiedziałem. Następnie została uzgodniona między nim i Danielą propozycja zorganizowania seminarium dla erasmusów, które miałby poprowadzić Mateo – może jakiś film, może coś innego. Czemu nie?:)).
Przed 15 pojawiłem się w wiadomym miejscu, rozegrałem grę na poziomie 1 (bo poprzedniego dnia zapomniałem), a potem zaczęła się rozmowa o moim uniwersytecie. Dziewczyny były w ciężkim szoku, że tutaj nam nic nie zapewnili. Opowiadały, że jak one były w Grecji na erasmusie to dostały bardzo tani akademik, darmowy kurs językowy i wszyscy im bardzo pomagali. Jak widać tutaj tak nie ma:))). Udało się przejść 2 poziom, a gdy zjawiłem się przed 18 wszyscy mi mówili – „Lesław today’s gonna be THE day”, aha, jasne:P. Pierwsza tura zakończona zwycięstwem i została na trójka. Warunki bardzo proste – dwie osoby z trzech przechodzą dalej do finału, więc kto szybciej zrobi sudoku ten przechodzi. Wygrał tylko Paolo, którego opisuję jako mojego przyjaciela i przeciwnika w czasie gier. Mi niestety się nie udało – a byłem tak blisko. Crap:P. Zadzwoniła do mnie później jakaś kobieta i powiedziała, żebym stawił się w niedzielę na 13:30 w tym samym co zawsze miejscu i będę walczyć w „pre-final” o miejsce w „final”. Okazało się, że mają 10 osób w finale, a potrzeba jest 24:]. Tak więc 24 desperatów w tym ja będzie walczyć o finał i nawet jak się nie uda skończyć klocków to będą się liczyć błędy, więc jest spora szansa, że uda mi się tam znaleźć:)).
Chcieliśmy zaprosić na wieczór Agnieszkę do nas, ale podziękowała, bo kładła się już spać i obiecała, że w sobotę się z nami spotka. Tak więc każdy zajął się swoimi sprawami i tak zakończył się piątek:)).


